Linda Noskova udowodniła jednak, że jest twardsza psychicznie – pokonała własne demony i odzyskała równowagę, by pokonać rodaczkę i przyjaciółkę Karolinę Muchovą 6:2, 5:7, 6:3 w wielkim finale Wimbledonu.
Kiedy rozstawiona z numerem dziewiątym prowadziła 5:2 w drugim secie, wydawało się, że już za chwilę uniesie na słonecznym Centre Court trofeum Venus Rosewater Dish i dołączy do grona wybitnych czeskich triumfatorek tego turnieju.
Zamiast tego zmarnowała trzy piłki meczowe przy serwisie Muchovej na 2:5, popełniła podwójny błąd serwisowy przy kolejnej przy stanie 5:3, gdy nerwy sparaliżowały jej prawą rękę, a następna szansa uciekła jej w dziewiątym gemie.
Kiedy Muchova wygrała pięć gemów z rzędu i doprowadziła do decydującego seta, co wcześniej wydawało się mało prawdopodobne, Noskova wyglądała na oszołomioną – szła do swojego krzesła, zakrywając uszy, by zagłuszyć doping kibiców.
Gdy udała się na przerwę toaletową, jej nadzieje na tytuł wydawały się przekreślone, ale po drodze coś błyszczącego przykuło jej uwagę i to wystarczyło, by wróciła do gry.
"Powtarzałam sobie, że mecz zaczyna się od nowa. Byłam w łazience. Ochlapałam się zimną wodą i zaczęłam wszystko od początku" – powiedziała dziennikarzom.
"Ale tak naprawdę pomogło mi to, że gdy tylko zeszłam z kortu, zobaczyłam trofea. Pomyślałam: nie biorę tej małej, biorę tę dużą. Byłam tak blisko. To mogłoby być największe rozczarowanie mojego życia".
"Patrzyłam na tę dużą. Pomyślałam: biorę ją, bez względu na wszystko. Zostawię na korcie całą swoją duszę".
Po powrocie na kort zdołała utrzymać serwis w pierwszym gemie trzeciego seta i wtedy coś się w niej przełamało. Odzyskała wyczucie uderzeń, nogi znów zaczęły pracować, a gdy przy stanie 5:3 po ponad godzinie od pierwszej piłki meczowej znów miała szansę na zakończenie meczu, tym razem już jej nie zmarnowała.
"Powiedzmy, że mam odwagę stwierdzić, iż trzeci set wyglądałby zupełnie inaczej, gdybym przegrała pierwszego gema" – powiedziała Noskova, trzecia Czeszka, która w ciągu czterech lat sięgnęła po tytuł wśród kobiet i najmłodsza mistrzyni od czasu, gdy rodaczka Petra Kvitova zdobyła pierwszy z dwóch tytułów w 2011 roku.
"Przegrałam pięć gemów z rzędu w drugim secie, więc bardzo, bardzo ważne było, by dobrze zacząć".
Noskova, która nosi kolczyk w nosie, zdecydowanie ma dojrzałe podejście do życia i szerokie horyzonty, wykraczające daleko poza tenisowy kort. Nic więc dziwnego, że w sobotnim finale potrafiła zachować zimną krew w trudnym momencie.
Emocjonalnie wspominała swoją mamę Ivanę, która zmarła dwa lata temu na raka, a przez całą karierę imponuje obserwatorom spokojem i rozsądnym podejściem do życia.
W zeszłym roku część przerwy między sezonami spędziła na Zanzibarze, gdzie jako wolontariuszka pracowała w szkole w ramach działalności charytatywnej.
"Kiedy wróciłam, zdecydowanie bardziej doceniałam wszystko, co mam" – mówiła wcześniej w tym tygodniu.
Noskova dorastała w czeskiej wiosce położonej w lesie i wielokrotnie podkreślała, jak ważne są dla niej kwestie środowiskowe. Już teraz ma też plan na życie po zakończeniu kariery tenisowej.
"Jestem wielką miłośniczką przyrody, w najbliższych miesiącach lub latach chcę zaangażować się w wolontariat związany z ochroną środowiska. Zawsze byłam bardzo aktywna w czasie każdego kryzysu" – powiedziała po pokonaniu Marty Kostjuk w półfinale w czwartek.
Na razie jednak chce po prostu nacieszyć się swoim sukcesem. "Wszystko było tego warte, więc na pewno nigdy nie zapomnę tego tygodnia, tych dwóch tygodni" – podsumowała.
