Hurkacz zaczął mecz dość niemrawo i już w drugim swoim gemie serwisowym dał się przełamać, co zdarza się przecież rzadko, a zwłaszcza rzadko na kortach trawiastych. Polak nie był w stanie przejąć inicjatywy i grał bardzo zachowawczo, co wszechstronny Paul wykorzystywał i mknął do końca pierwszego seta.
W dalszej części pierwszej partii nie mieliśmy już przełamań ani żadnej dramaturgii, ale Hurkacz cały czas wyglądał na spiętego. To Paul lepiej wyglądał na linii serwisowej, lepiej wyglądał też na returnie, bo z odegraniem serwisu Amerykanina Polak radził sobie bardzo słabo. Na wygranie pierwszego seta tak naprawdę nie było perspektyw. Można powiedzieć, że Paul ani na chwilę nie dał nawet pomyśleć Hurkaczowi o wygranej, ale też Hurkacz ani razu sam nie postarał się, by takie myśli urzeczywistnić.
Przełomowy moment w tie-breaku drugiego seta
Początej drugiej odsłony wyglądał na kontynuację pierwszej. Między zawodnikami nie było wielkiej różnicy w jakości gry, a wynik utrzymywał się remisowy, ale to Paul wyglądał stabilniej i wygrywał dłuższe wymiany i ważniejsze oraz bardziej efektowne punkty.
Sytuacja ta nieco zmieniła się od piątego gema. Hurkacz posłał wtedy piękny forhend w sam narożnik kortu, a potem dołożył dwie kolejne udane akcje w ofensywie. W następnym gemie wyszedł za to z opresji 0-30 przy własnym serwisie właśnie za pomocą ów serwisu, który zaczął funkcjonować lepiej niż w pierwszej partii i znów był jego bardzo groźną bronią.
Nikt nie mógł uzyskać przełamania, więc zawodnicy dobrnęli do tie breaka. W nim sytuacja zaczęła wyglądać bardzo źle, gdy Amerykanin uzyskał przewagę mini przełamania i wyszedł na prowadzenie 5-3. Na szczęście jednak do końca seta nie zdobył już żadnego punktu, a Hurkacz wygrywając sprawił, że spotkanie praktycznie zaczęło się od nowa.
Utrzymał pewność do dwunastego gema
Trzeci set wyróżniał się przede wszystkim tym, że Hurkacz był bardzo pewny na linii serwisowej. W żadnym swoim gemie na zagrywce nie dał się choćby zbliżyć rywalowi do równowagi, a co dopiero do break pointa. Tym samym miał niemal zagwarantowaną grę w tie breaku, a mógł wyczekiwać na momenty słabości Paula.
A te w drugiej połowie seta zdarzły się często i gęsto. W siódmym gemie Amerykanin długo serwował w grze na przewagi i bronił dwóch break pointów, a kolejna taka sytuacja pojawiła się w gemie dziewiątym. Wciąż jednak na tablicy wyników utrzymywał się remis. To zmieniło się w samej końcówce. Przy stanie 5-5 i przy serwisie Paula dwukrotnie się on pomylił posyłając piłki w aut i tracąc swój serwis, a to otworzyło przed Hurkaczem autostradę do wygrania seta. Polak z niej skorzystał i zakończył go dwoma asami w następnym gemie.
Szczęście sprzyja lepszym? Niech tak będzie
Czwarty set zaczął się od dwóch bardzo zaciętych gemów, w których Amerykanin szukał przełamania, lecz żadnej z dwóch okazji nie wykorzystał. I zapłacił za to cenę chwilę później, ponieważ Wrocławianin doszedł do break pointa, a niewymuszony błąd z forhendu pogrzebał Paula.
Od tego momentu gemy serwisowe naszego zawodnika wyglądały już jak formalność, tymczasem w siódmym gemie rywal nie mógł uwierzyć w swojego pecha. Najpierw taśma pomogła Hubertowi, by w kolejnym punkcie zatrzymać piłkę Paula. Przy 15:40 był pod ogromną presją i nie wytrzymał - błąd podwójny dał drugie przełamanie Polaka. Nie mając nic do stracenia, Amerykanin wywalczył dwa break pointy, lecz nawet jego ofiarna walka nie zmieniła meczu. Aktywny w głębi kortu Polak obronił się i dwoma serwisami zamknął mecz.

