Nowojorska przygoda w singlu finalistki French Open okazała się krótka. W starciu z Townsend nie potrafiła narzucić swojego stylu gry i po godzinie oraz 19 minutach musiała uznać wyższość rywalki.
"Nie przyjeżdżałam tutaj z wielkimi nadziejami, jeśli chodzi o wynik, więc się nie rozczarowałam. Chciałam zagrać najlepiej jak to możliwe, ale ten poziom nie jest zadowalający. Widać, że nie czuję się dobrze na korcie. Zrobiłam tyle, ile byłam w stanie tego dnia" – oceniła zawodniczka BKT Advantage Bielsko-Biała.
Townsend grała bardzo agresywnie, często szła do siatki. Ta taktyka okazała się bardzo skuteczna, bo w ten sposób zdobyła aż 26 punktów na 36 prób.
"Mówiłam przed meczem, że bardzo lubię oglądać jej tenis. To bardzo utalentowana zawodniczka. Świetnie gra przy siatce i bardzo dobrze serwuje. Ma niewygodny styl i wiedziałam, że to będzie bardzo ciężki pojedynek. W trakcie spotkania starałam się coś zmienić i grać bardziej agresywnie, ale po prostu nie poszło" – skomentowała 24-letnia Chwalińska.
Według ekspertów twarda nawierzchnia nie sprzyja sposobowi gry Polki.
"Nie uważam, żeby problem leżał w rodzaju nawierzchni, więc nie będę szukać żadnych wymówek. Nie wydaje mi się też, aby gra na tej nawierzchni była dla mnie większym problemem. Bardziej chodzi o to, jak wygląda moja gra i jak czuję się na korcie" – zauważyła.
Chwalińska zadebiutowała w zasadniczej części nowojorskich zmagań. Przed turniejem amerykańskie media wymieniały jej nazwisko w gronie zawodniczek, które mogą sprawić niespodziankę. Nazwały ją Kopciuszkiem, opisując jej występ i sukces na kortach im. Rolanda Garrosa w Paryżu.
"Ludzie lubią takie historie i jest mi bardzo miło. Szkoda, że nie spełniłam oczekiwań, ale zrobiłam wszystko, co mogłam. Przede mną jeszcze rywalizacja deblowa w parze z Magdą Linette, ale teraz będę miała więcej wolnego czasu, więc na pewno pospaceruję po mieście. Bardzo lubię Central Park i skorzystam z okazji, aby tam się udać" – podsumowała.
