Norwegia przyjechała na mundial z ogromnymi nadziejami związanymi z Erlingiem Haalandem, Martinem Odegaardem i nowym pokoleniem. Jakie są obecnie nastroje w norweskiej piłce w porównaniu z twoimi czasami?
Gdy awansowaliśmy na mundial w 1994 roku, towarzyszyło temu podobne uczucie, bo to był pierwszy raz, kiedy Norwegia się zakwalifikowała i nikt nie mógł w to uwierzyć. My sami też nie wierzyliśmy. Ale od mistrzostw Europy w 2000 roku Norwegia nie brała udziału w żadnym turnieju. Graliśmy baraże i odpadaliśmy, znów baraże i znów się nie udawało.
W końcu, z tą grupą zawodników i niesamowitymi talentami, ekscytacja jest ogromna. Tym razem nie chodzi tylko o sam udział, co kiedyś było największym osiągnięciem. Ludzie zaczynają wierzyć, że naprawdę możemy coś osiągnąć z jakością, jaką teraz mamy.
Grałeś na mundialach w 1994 i 1998 roku. Co znaczy dla kraju powrót na imprezę po tak długiej przerwie?
To bardzo ważne dla kondycji kraju. To patriotyzm. Większość Norwegów i tak śledzi piłkę, to najpopularniejszy sport tutaj, jak w wielu krajach. Mieć takich piłkarzy jak Haaland i Odegaard, którzy są gwiazdami wielkich klubów na świecie, a jednocześnie zakładają narodową koszulkę i walczą dla Norwegii, to sprawia, że wszyscy są bardziej dumni i szczęśliwi.
Lata temu mieliśmy zimowe igrzyska olimpijskie w Lillehammer i myślę, że to był może najdumniejszy moment w historii Norwegii, bo igrzyska były wspaniałe i wszyscy byliśmy bardzo dumni. Teraz może być podobnie. Jeśli nam się powiedzie, wszyscy będą oglądać i wszyscy będą się czuć świetnie.
Wszyscy mówią o Haalandzie i jego golach, ale co właściwie sprawia, że tak trudno go zatrzymać?
Po pierwsze, to niesamowity snajper, który potrafi strzelać gole na wiele sposobów. Jest bardzo szybki, mimo że jest wysoki i silny, a taka szybkość przy jego warunkach to rzadkość. Do tego świetnie wyczuwa moment do wyjścia na pozycję, dobrze współpracuje z innymi. Rzadko zdarza się, by wbiegał na spalony. Ma pełen pakiet umiejętności.
Największym znakiem zapytania jest to, że rozegrał bardzo dużo meczów dla Manchesteru City, nie tylko w tym roku, ale przez ostatnie sezony. I w Norwegii martwimy się, czy nie jest zbyt zmęczony w turnieju.
Jeśli Norwegia chce zajść daleko, powinna budować wszystko wokół Haalanda czy szukać alternatyw?
Są alternatywy. Haaland to oczywiście najważniejszy zawodnik, ale ta grupa gra razem od 2-3 lat, niektórzy nawet dłużej pod wodzą tego samego trenera. (Stale) Solbakken ma doświadczenie. Świetnie radził sobie z Kopenhagą w Lidze Mistrzów, jest przyzwyczajony do wielkich meczów, sam grał na mundialu w 1998 roku. Wypracowali więc styl gry, który nie opiera się tylko na Haalandzie. Z Sorlothem, Odegaardem, Nusą i Berge jesteśmy bardzo groźni w ofensywie.
Największe pytanie to, czy będziemy wystarczająco dobrzy w defensywie przeciwko najlepszym. Potrzebujemy Haalanda w najwyższej formie, by odnieść sukces, ale ta drużyna jest razem od kilku lat i jako grupa są bardzo zgrani.
Dobrze znasz ojca Haalanda i widziałeś, jak Erling dorastał. Czy od początku było widać, że zostanie wielkim piłkarzem?
Szczerze mówiąc, nie, bo nie bywałem z nimi aż tak często. Grałem z jego ojcem, byliśmy dobrymi przyjaciółmi i nadal jesteśmy, ale on był w Leeds, ja gdzie indziej. Potem przeprowadził się na drugi koniec Norwegii, daleko ode mnie. Więc nie widywałem Erlinga zbyt często w młodości.
Pamiętam, jak byłem trenerem w Norwegii, chyba w 2018 roku, gdy grał dla Molde, a ja prowadziłem Stabaek. Był wtedy młodym chłopakiem, miał może 18 lat. Nie zaczął w pierwszym składzie, bo Molde miało też mecze w Europie, wszedł w drugiej połowie. Na szczęście dla nas nie strzelił gola. To był najbliższy kontakt z nim z bliska i od razu było widać, że jest na innym poziomie.
Poza Haalandem, który norweski piłkarz jest twoim zdaniem wart największej uwagi na mundialu?
Mamy kilku zawodników, którzy mogą przesądzić o wyniku. Nusa, gdy gra w kadrze u siebie, potrafi okiwać każdego bocznego obrońcę. Jest w RB Lipsk, tam gra różnie, ale występuje regularnie, a w Norwegii dominuje jeszcze bardziej. Ma szybkość, drybling i potrafi strzelać efektowne gole.
Sorloth w Atletico Madryt wykorzysta każdą wrzutkę w pole karne, jest skuteczny, technicznie niedoceniany i ma mocną psychikę. A Schjelderup, który świetnie radzi sobie w Benfice w tym roku, potrafi dać ten błysk, który przesądza o awansie. Więc mamy zawodników, którzy mogą rozstrzygnąć mecz, nie tylko Haalanda.
Jako były obrońca, co najbardziej niepokoi cię w kontekście Norwegii na mundialu? Struktura defensywy, doświadczenie turniejowe, coś innego?
Nie martwię się zbytnio o doświadczenie turniejowe, bo ta grupa jest razem od dłuższego czasu, trener ma doświadczenie i dobry sztab, a piłkarze grają w czołowych klubach Europy. To młoda drużyna, nie stara i ugruntowana, średnia wieku jest niższa niż w innych zespołach. Przez długi czas były znaki zapytania przy obrońcach, ale w ostatnim roku sytuacja się poprawiła. Mamy teraz środkowych obrońców grających na dobrym poziomie, Ajer w Brentford, dwóch w Bolonii, z których jeden pewnie zagra, i Ryerson w Borussii na prawej obronie.
Szczerze mówiąc, największy znak zapytania to pozycja bramkarza, bo nasz pierwszy wybór nie gra regularnie w Sevilli, drugi jest w Watfordzie w dobrej lidze dla bramkarza, ale brakuje mu doświadczenia. A trzeci to młody chłopak, który właśnie przeniósł się do Niemiec z Rosenborga. Druga kwestia to, czy nasi obrońcy są wystarczająco dobrzy na tle najlepszych, a w fazie grupowej zagramy z Francją i Senegalem, więc szybko się przekonamy.
Jak daleko Norwegia może realnie zajść i co byłoby sukcesem?
Powiedziałbym, że sukcesem byłby awans do ćwierćfinału. Ćwierćfinał to byłby bardzo dobry wynik. Pamiętamy, jak Szwecja zdobyła brąz w 1994 roku i nie powiedziałbym, że nasza drużyna jest słabsza od tamtej w stosunku do rywali. Mundial to gra o detale, trzeba mieć trochę szczęścia w losowaniu i żeby wszystko się ułożyło.
Mamy duży potencjał, ale trzeba go wydobyć przez cały miesiąc. Ćwierćfinał byłby bardzo, bardzo dobrym wynikiem. Niektórzy Norwegowie marzą o czymś więcej, ale jeśli dojdziemy do ćwierćfinału, dla mnie to będzie wielki sukces.
Blackburn i tytuł w Premier League
Byłeś częścią drużyny Blackburn, która zdobyła mistrzostwo Anglii pod wodzą Kenny'ego Dalglisha. Patrząc wstecz, co sprawiło, że ta grupa była wyjątkowa?
Wiele rzeczy. Drużyna awansowała z drugiej ligi z Dalglishem, mieliśmy właściciela Jacka Walkera, który mocno inwestował w klub i był lokalnym człowiekiem z Blackburn, z prawdziwą historią w klubie. Klub był prowadzony jak rodzinna firma, a z Dalglishem jako menedżerem nie było wielkich ego, nikt nie mógł być ponad nim i nikt nie próbował się mu przeciwstawiać.
Mieliśmy dobre transfery, przede wszystkim Alana Shearera, który strzelał po 30 goli przez trzy lata z rzędu, nawet mimo kontuzji więzadeł w tym okresie. Sprowadziliśmy Tima Flowersa, jednego z lepszych bramkarzy tamtych czasów. Do tego kilku młodych i kilku doświadczonych zawodników. Myślę, że tylko jeden piłkarz, Gordon Cowans z Aston Villi, miał wcześniej jakieś trofea, a i tak grał niewiele.
Przyszedłem jako 23-latek i to był dla mnie czas rozwoju. Atmosfera w drużynie była fantastyczna, wszyscy się dogadywali, walczyliśmy i graliśmy razem, czerpaliśmy radość z gry, mieliśmy świetnego menedżera, dobry sztab i piłkarzy, którzy chcieli się rozwijać. To była niespodzianka, ale w roku, w którym przyszedłem, drużyna właśnie awansowała. Szybko złapałem kontuzję, więc nie grałem dużo. W kolejnym sezonie zajęliśmy drugie miejsce, a w trzecim wygraliśmy ligę. Więc to nie był aż taki szok, bo już wcześniej byliśmy drudzy, mimo że rywalizowaliśmy z Manchesterem United, Liverpoolem, Chelsea - tymi największymi.
To był proces krok po kroku, jak rozwijający się projekt. Ale czy wtedy czuliście, że tworzycie historię?
Tak, w stu procentach. Gdy wygraliśmy ligę w 1995 roku, powiedziano nam, że ostatni raz Blackburn zdobyło mistrzostwo w 1912 roku. Blackburn to małe miasto, dawniej raczej klub drugoligowy, ale z Jackiem Walkerem i Kennym Dalglishem awansowali i walczyli o trofea. To był wyjątkowy czas i bardzo ważny fragment historii.
Czy Shearer i Sutton to najlepszy duet napastników, z jakim grałeś?
To była świetna para, bez dwóch zdań. Ale miałem szczęście, bo później w United graliśmy z Andym Cole'em i Dwightem Yorke, którzy też byli znakomici. Dla mnie Shearer miał przewagę przez to, jak strzelał gole – głową, prawą, lewą nogą. Nie był najszybszy ani najbardziej techniczny, ale potrafił uderzyć. Pamiętam, że u siebie zawsze było tak samo – po 25 minutach prowadziliśmy 1:0, niezależnie od gry, bo on już strzelił. Był niesamowitym piłkarzem, niewielu w historii futbolu zdobywało bramki z taką łatwością.
Później wróciłeś do Blackburn jako trener. Czy emocjonalnie było trudno prowadzić klub, z którym masz tyle wspomnień jako piłkarz?
To było bardzo przyjemne, może nawet zbyt przyjemne, bo wróciły wszystkie dobre wspomnienia. Ale szczerze mówiąc, klub nie był już w tym samym miejscu. Właśnie spadł z Premier League, doszło do wielu zmian, wielu piłkarzy odeszło i przyszło, a kadra nie była gotowa na walkę o awans. Dlatego w tamtym roku było wielu trenerów i wiele problemów. Bardzo trudno było mi odmówić, gdy mnie poproszono, bo spędziłem tam tyle lat i mam tyle dobrych wspomnień, i nadal je mam.
Te dwa miesiące były trudne, bo miałem tylko dobre wspomnienia, a potem zobaczyłem, jak klub funkcjonuje od środka. Nadal było tam wielu świetnych ludzi, ale byli zbyt daleko od tego, co potrzeba, by odnieść sukces. Teraz znów są stabilni w Championship, co jest w porządku. Czy wrócą do Premier League, nie wiem, ale to był trudny okres.
Man Utd i Sir Alex Ferguson
W Manchesterze United pracowałeś pod wodzą Sir Alexa Fergusona w jednym z najlepszych okresów klubu. Jaki był jego wpływ na ciebie jako piłkarza i później trenera?
Ferguson był prawdziwym liderem. Jego umiejętność wyciągania maksimum z każdego zawodnika była nie do podrobienia. Potrafił budować pewność siebie, ale też być bardzo stanowczy i bezpośredni. Gdy grałeś dobrze i dawałeś z siebie wszystko, był twoim najlepszym przyjacielem. Jeśli nie byłeś skoncentrowany albo nie grałeś na poziomie, jakiego oczekiwał, mówił ci to wprost, bez ogródek. Był bardzo jasny, ale też bardzo uczciwy.
Ludzie myślą, że chodziło tylko o krzyki i 'suszarkę'. Straciłem włosy podczas mojego pobytu w United, to wiele tłumaczy. Kilka razy tego doświadczyłem, ale jego największą siłą było dawanie zawodnikom pewności siebie, mentalności zwycięzcy, odpowiedniego nastawienia i wszystkiego, co potrzebne, by wygrywać mecze. W tym był najlepszy.
Masz dla nas jakąś wyjątkową historię zza kulis z Fergusonem?
To było bardzo dawno temu i nie sądzę, żebym miał historie, których jeszcze nie opowiedziano. Potrafił być wymagający i oczekiwał, że codziennie będziesz na sto procent, trenował najlepiej i dawał z siebie wszystko na boisku, a także miał pewność, że jesteś topowym piłkarzem, bo gdybyś nie był, nie byłoby cię w klubie. To było tak proste.
Nie chwalił zawodników tak, jak robią to niektórzy trenerzy dziś. Po zwycięstwie zawsze stawał w drzwiach do szatni i ściskał każdemu rękę. Jeśli był zadowolony, mówił: 'Dobra robota'. Jeśli zagrałeś wybitnie, mówił: 'Klasa sama w sobie'. Tylko te dwa zwroty – i po tym wiedziałeś, czy jest zadowolony.
Michael Carrick prowadzi teraz Manchester United w nową erę. Czy twoim zdaniem odniesie sukces?
Uważam, że radzi sobie bardzo dobrze. Przejął zespół, który zmierzał w złym kierunku i nie grał na miarę możliwości, i odmienił go. Amorim świetnie pracował w Sportingu, to pewne, ale przychodząc do Anglii można napotkać różnice kulturowe, inny sposób trenowania i pracy z piłkarzami. Nie byłem tam, więc nie mogę oceniać.
Mogę natomiast powiedzieć, że jest duża różnica między tym, jak grała drużyna Amorima, a jak gra zespół Carricka – w defensywie, ofensywie, ustawieniu i pozycjach. Nie dominowali i nie wygrywali łatwo, ale wygrali większość meczów i wyglądali bardziej jak dawny United. Żeby rywalizować z City, a może Liverpoolem, Arsenalem i Chelsea, muszą zrobić jeszcze krok naprzód, ale pod względem wyników Carrick osiągnął bardzo dobre rezultaty.
United próbował różnych profili trenerów po Fergusonie. Co jest najważniejsze dla menedżera United – odporność na presję, zrozumienie historii?
Najważniejsza jest mentalność, by radzić sobie z niepowodzeniami i sukcesami, bo to jeden z najbardziej rozpoznawalnych klubów na świecie. Jeśli nie potrafisz tego udźwignąć, nie możesz tam pracować. Gdy odszedł Sir Alex, odszedł też David Gill, dyrektor generalny, a ich duet prowadził klub. Trenerzy, którzy przyszli później, mieli trudniej, bo nie było Gilla, a nowy CEO był świetnym marketingowcem, ale nie miał kompetencji piłkarskich. Dlatego United długo odstawał pod względem zarządzania sportowego.
Dopiero w ostatnich latach zaczęli inwestować, zatrudniając dyrektora sportowego i odpowiednich ludzi wokół trenera. Bo dziś trener nie jest w stanie robić wszystkiego, jest tego za dużo. Piłka to praca zespołowa na boisku i poza nim. Po odejściu Sir Alexa i Davida Gilla nie mieli wystarczająco silnego zespołu zarządzającego, by przejść przez ten trudny okres. Oczekiwania zawsze były ogromne. Nie da się ich obniżyć w United, więc trzeba podnieść jakość piłkarzy, sztabu i zarządzania do tego poziomu. Wtedy można być zadowolonym.
Cypr i Omonia
Gratuluję sezonu z Omonią. Większość kariery trenerskiej spędziłeś na Cyprze – w Omonii, Pafos i AEK. Co jest wyjątkowego w cypryjskiej piłce, czego ludzie z zewnątrz mogą nie rozumieć?
To dobra liga. To bardzo mała wyspa, około miliona mieszkańców, ale liga jest niemal międzynarodowa. W każdym klubie gra po 17-18 obcokrajowców, jest wielu zagranicznych trenerów, a drużyny grają w Europie. Pafos zdobył dziewięć punktów w Lidze Mistrzów w tym roku i był blisko awansu, AEK Larnaka przegrał z Crystal Palace po dogrywce w fazie pucharowej Ligi Konferencji, a my wyszliśmy z grupy Ligi Konferencji.
Poziom jest wysoki, dużo wyższy, niż można by się spodziewać po tak małej wyspie. Ludzie tutaj żyją piłką. Na wyspie jest może 300 tysięcy kibiców Omonii, a rywalizacja jest ogromna, bo najdalszy wyjazd to półtorej godziny autobusem. Większość to pół godziny, więc można sobie wyobrazić tę intensywność. Najpierw byłem w Omonii prawie trzy lata, potem rok w Szwecji, potem prawie rok w Pafos, który cały czas się rozwija i w zeszłym roku zdobył mistrzostwo, potem AEK Larnaka, gdzie wygraliśmy puchar.
Powrót do Omonii, gdzie zaczynałem na Cyprze, był bardzo miły. To duży klub i zawsze czułem się tam jak w domu. Ostatni raz wygraliśmy ligę w czasie pandemii i nie mogliśmy świętować z kibicami tak, jak chcieli, choć około 20 tysięcy przyszło nieoficjalnie na nasz ośrodek treningowy. Tym razem wygraliśmy kilka kolejek przed końcem i mieliśmy czas na prawdziwe świętowanie. To był wyjątkowy sezon – sposób, w jaki wygraliśmy, liczba strzelonych i straconych goli.
Zagracie teraz w eliminacjach Ligi Mistrzów. Czy jest oczekiwanie, że uda się awansować do fazy ligowej i coś tam osiągnąć?
Nie sądzę, by nasi kibice oczekiwali awansu do ligi. Marzą o tym, tak jak my, i dobrze mieć marzenia. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy w przygotowaniach i budowie składu, w ramach naszych możliwości. Pafos dokonał tego w zeszłym roku, a my byliśmy od nich lepsi w tym sezonie, więc to możliwe. Ale potrzebujemy dobrego losowania i trochę szczęścia. Ostatnio pokonaliśmy Legię Warszawa i Crveną Zvezdę w eliminacjach, ale przegraliśmy z Olympiakosem w barażu, więc byliśmy bardzo blisko. Jeśli w tym roku zrobimy jeszcze jeden krok, to będzie fantastyczne.
Legia Warszawa
Spędziłeś prawie dwa lata w Legii Warszawa, zdobywając mistrzostwo i puchar Polski. Co najbardziej zapadło ci w pamięć?
Pierwszy rok był fantastyczny. Przyszedłem w połowie sezonu do drużyny, która była już dobra, ale nie radziła sobie w Europie, dlatego chcieli zmiany. Wygraliśmy ligę z przewagą około 10 punktów i powinniśmy awansować do Ligi Mistrzów. Ale mieliśmy piłkarza, który podobno nie był zgłoszony i zagrał siedem-osiem minut w ostatnim meczu, gdy prowadziliśmy 6:1 w dwumeczu, i zostaliśmy wyrzuceni z rozgrywek. To była jedna z największych sportowych porażek w mojej karierze.
W Lidze Europy poszło nam jednak bardzo dobrze. Pamiętam atmosferę i kibiców, którzy potrafili być bardziej agresywni niż w innych krajach, z większą siłą. Polacy kochają piłkę, to duży kraj – 40 milionów ludzi – a coraz więcej klubów ma świetne wsparcie i się rozwija. Mam z Legii same dobre wspomnienia.
To był pierwszy raz, gdy miałem klub z potencjałem walki o tytuły. Jako piłkarz w United i Blackburn tego doświadczyłem, ale jako trener – pierwszy raz. Wygranie ligi i pucharu było wyjątkowe. W finale pucharu pokonaliśmy Lecha Poznań, przegrywając 0:1, a potem odwróciliśmy losy meczu na 2:1, a atmosfera tego dnia była niesamowita.
Kto był najlepszym polskim piłkarzem, jakiego wtedy miałeś?
Mieliśmy kilku młodych, utalentowanych zawodników i mocnych obcokrajowców. Gira był utalentowany i dobry, choć potem miał kontuzje. Radović nie jest Polakiem, ale był naszym liderem i kapitanem, najlepszym strzelcem. Przed moim przyjściem grał bardziej jako skrzydłowy lub dziesiątka, ale nie strzelał tyle, więc przesunęliśmy go na dziewiątkę i został królem strzelców. Sprowadziliśmy Ondreja Dudę ze Słowacji jako 18-latka i był świetny. Kucharczyk na lewym skrzydle był najszybszy w lidze i strzelał dużo goli. To była fajna drużyna.
Patrząc na Legię dziś, czy uważasz, że klub może wrócić na właściwe tory? Ostatni sezon był słaby – przez wiele tygodni byli w strefie spadkowej, a skończyli tuż za miejscami dającymi grę w Lidze Konferencji...
Tak. To jeden z największych klubów, także finansowo. Nie znam dokładnej sytuacji, ale wsparcie i historia są ogromne. Mają teraz świetne zaplecze treningowe, ładny stadion i kibiców za sobą, więc powinni co roku walczyć o mistrzostwo. Takie są oczekiwania, więc gdy ich nie spełniają, presja jest duża. Zmienili trenera tuż przed świętami, przyszedł szkoleniowiec z Rakowa i potrzebował trochę czasu, by osiągnąć wyniki. Ale w końcówce sezonu zespół się poprawił. Ekstraklasa jest bardzo wyrównana od góry do dołu, więc mieli dobrą końcówkę.
W przyszłym sezonie presja wraca – oczekuje się, że wygrają ligę albo przynajmniej awansują do Europy, a rywalizować będą z Lechem Poznań i Jagiellonią. To ciekawa liga, bo nie ma dużej różnicy między najlepszymi a najsłabszymi, choć to też pokazuje, że czołowe drużyny nie są tak mocne, jak powinny, bo powinny być dalej przed resztą.
Wiem, że jesteś szczęśliwy na Cyprze, ale czy myślisz o powrocie do Polski? Niekoniecznie do Legii, może do innego klubu?
Jestem trenerem już około 20 lat, więc nie jestem już młodym chłopakiem. Najważniejsze dla mnie jest pracować z ludźmi, którzy myślą podobnie, mają ambicje i mogą coś wygrać. Piłka to praca zespołowa, więc liczą się ludzie, z którymi pracujesz, wspólny kierunek i to, że mogę trenować tak, jak uważam za najlepsze dla rozwoju piłkarzy i drużyny.
Mogę to robić w Omonii, gdzie mam bardzo dobre relacje ze wszystkimi – od sztabu po prezesa i administrację. Jestem więc bardzo szczęśliwy i nie rozglądam się za innymi opcjami. Nie wiem, co będzie za 5-10 lat, bo nikt nie wie. I nadal czuję, że mogę być trenerem przez wiele lat. W Legii byłem bardzo szczęśliwy, ale teraz w Omonii z ludźmi, z którymi pracuję, jestem jeszcze bardziej zadowolony.
