Już pierwsze minuty spotkania w Krakowie pokazały, że obie drużyny myślą tylko o pełnej puli. Ofensywne nastawienie sprawiało, że kibice oglądali dynamiczną rywalizację i sporo strzałów, choć większość z nich była niecelna, a pozostałe nie sprawiły większych problemów bramkarzom. Blisko pierwszego trafienia po powrocie do Ekstraklasy był choćby Mateusz Klich, jednak piłka przeleciała obok słupka. Podobnie było po uderzeniu głową Kahveha Zahiroleslama.
Sporo problemów defensywie gospodarzy sprawiał Luquinhas, który regularnie tworzył okazje kolegom, ale napastnicy Radomiaka mieli spore problemy ze skutecznością. Przed przerwą tempo spotkania nieco już opadło, za to zwiększył się poziom agresji.
Ten niestety nie zmniejszył się po zmianie stron, co miało spore konsekwencje dla obu drużyn, choć większe dla ekipy gości. Najpierw żółte kartki zobaczyli Mateusz Praszelik oraz Gustav Henriksson. Tuż przed upływem godziny gry czerwonym kartonikiem został ukarany za to Abdoul Tapsoba, który nadepnął na kostkę Amira Al Ammariego.

Obaj trenerzy natychmiast zareagowali na tę sytuację, dokonując zmian. Bartosz Grzelak wzmocnił atak, z kolei Bruno Baltazar posłał na murawę obrońców. Drużyna "Pasów" od razu przejęła inicjatywę i rozpoczęła szaleńcze ataki, ale rywale dzielnie się bronili. Ostatecznie Cracovia, ku irytacji swoich kibiców, w drugim meczu z rzędu nie zdołała wykorzystać gry w przewadze, inkasując jedynie punkt i wciąż musi bronić się przed spadkiem. O pozostanie w lidze nie musi się za to martwić Radomiak, który do matematycznego utrzymania potrzebował właśnie jednego "oczka".
