W poniedziałkowy wieczór Śląsk Wrocław ogłosił rozstanie z trenerem Ante Simundzą, zanim to rozstanie fizycznie było możliwe. Trener wracał przecież z zespołem z Radomia. Rafał Grodzicki miał nieco więcej szczęścia i pożegnano się z nim w normalnych godzinach pracy.
Śląsk podziękował mu za pracę na rzecz klubu i życzył wszystkiego dobrego. Oficjalnych powodów zwolnienia nie rozwijano. Choć polityka transferowa i zarządzanie pionem sportowym w Śląsku nie miały wielu zwolenników, to WKS nie przyzwyczaił swoich kibiców do podejmowania decyzji na merytorycznych podstawach.
Obecne ruchy też wyglądają na bardzo nerwowe, a klub nie ma następców obu zwolnionych pracowników. Dość powiedzieć, że w ostatniej dekadzie w Śląsku żaden trener nie przepracował dwóch pełnych sezonów, a liczba dyrektorów sportowych i prezesów idą ku 10 na każdym ze stanowisk.
Podobnie jak przed dwoma laty, listopad okazał się miesiącem zmian kadrowych, znów z widmem spadku wiszącym ponuro nad Tarczyński Areną. I podobnie jak w przypadku Ante Simundzy, łaska kibiców wobec Grodzickiego zmieniała się w toku jego pracy.
Dziś, z racji rozczarowujących wyników i zastrzeżeń do kadry, trudno o pozytywną ocenę 43-latka, który zaczynał pracę w listopadzie 2024 jako dyrektor sportowy, wiosną 2025 został przeniesiony do skautingu, a od stycznia tego roku ponownie nadzorował cały pion sportowy.

