Mimo tych przeciwności zakończył karierę z dorobkiem 150 goli w Premier League oraz mistrzostwem Anglii zdobytym z Manchesterem Utd, a także 40 bramkami w 89 występach dla reprezentacji Anglii. Zajmuje szóste miejsce na liście najlepszych strzelców w historii swojego kraju. Jako pierwszy Anglik zdobył bramki na czterech kolejnych wielkich turniejach międzynarodowych – wyczyn, który tego lata na mundialu może przebić Harry Kane.
Dziennikarz Flashscore Tolga Akdeniz miał okazję porozmawiać z nim o jego niezwykłej karierze, a także poznać jego opinię na temat sytuacji kilku byłych klubów.
Tolga Akdeniz: Na początek porozmawiajmy o twoim dorobku reprezentacyjnym. Strzeliłeś 40 goli dla Anglii i dałeś kibicom niezapomniane chwile: ten solowy rajd przeciwko Argentynie na mundialu, hat-trick z Niemcami. Jak bardzo cieszyło cię reprezentowanie Anglii i jak to się miało do gry w klubie?
Michael Owen: Uwielbiałem grać dla Anglii. Zacząłem bardzo wcześnie, przy pierwszej możliwej okazji. Grałem w kadrze U15, potem w każdej kolejnej kategorii wiekowej, aż w wieku 18 lat trafiłem do dorosłej reprezentacji. Przeszedłem więc cały system i zawsze kochałem reprezentować swój kraj. W piłce nie ma większego zaszczytu.
Kariera klubowa również sprawiała mi ogromną radość, ale gra dla kraju na wielkich turniejach to szczyt marzeń. Miałem szczęście wystąpić na pięciu wielkich imprezach – trzech mundialach i dwóch mistrzostwach Europy. Oczywiście zawsze marzysz, by coś wygrać, ale przeżyliśmy wiele niesamowitych wzlotów i upadków.
Wspomniałeś o golu z Argentyną, ćwierćfinałach z Brazylią i Portugalią oraz hat-tricku z Niemcami. To były niesamowite chwile i naprawdę kochałem moją reprezentacyjną karierę.
Patrząc wstecz, czy jest jeden moment z gry dla Anglii, który wyróżnia się ponad wszystkie inne?
Myślę, że gol przeciwko Argentynie, patrząc z perspektywy czasu, zmienił moje życie. Nie tylko moją karierę piłkarską, ale wszystko poza boiskiem. Nagle cały świat dowiedział się o mnie. Firmy chciały mnie w swoich reklamach, a codziennie dostawałem worki listów od fanów z całego świata.
Ten jeden moment, nawet dziś, gdziekolwiek się pojawię – RPA, Chiny, Ameryka – ludzie pamiętają tę bramkę. Zawsze opowiadają mi, gdzie byli, gdy ją zdobyłem. Tak, ten gol z Argentyną naprawdę odmienił moje życie.
Przenieśmy się do 2006 roku – doznałeś wtedy poważnej kontuzji na mundialu. To były czasy angielskiej „złotej generacji”. Czy uważasz, że ta kontuzja zmieniła losy turnieju dla Anglii? Czy to była stracona szansa na wielkie trofeum?
Nie jestem pewien, czy sama moja kontuzja zmieniła wszystko, ale to było druzgocące. Masz tyle nadziei i oczekiwań, im dalej zachodzisz w turnieju, a nagle, przez jeden uraz, wszystko się kończy. Trudno się z tym pogodzić, gdy życie zmienia się w jednej chwili.
Jeśli chodzi o tamto pokolenie, tak, mieliśmy świetną drużynę, ale były też inne znakomite zespoły. Francja w 1998 roku na przykład – zdobyła mistrzostwo świata i była niesamowita. W 2002 roku wyeliminowała nas Brazylia, a spójrz, jakich mieli wtedy piłkarzy: Roberto Carlos, Cafu, Ronaldo, Rivaldo, Ronaldinho. Trzeba pamiętać, że nie mieliśmy żadnego boskiego "prawa do zwycięstwa". Byliśmy naprawdę mocni, ale inni też.

Byłeś wtedy prawdziwym „wonderkidem” – Złoty But jako nastolatek, gwiazda Anglii. Czy oczekiwania lub presja były dla ciebie kiedykolwiek zbyt duże, czy zawsze przychodziło ci to naturalnie?
Nie, nigdy nie było tego za dużo. Zawsze powtarzam, że dla mnie strzelanie goli to po prostu była moja praca. Ludzie często pytają o presję, ale dla mnie to była codzienność. Jak każdy w swoim zawodzie – to ćwiczyłem i to znałem, więc dla innych może to było wyjątkowe, ale dla mnie to był standard.
Presja pojawia się tylko wtedy, gdy wychodzisz poza swoją strefę komfortu, a dla mnie strzelanie goli zawsze było właśnie tą strefą.
Później w karierze kontuzje stały się większym problemem. Ale i tak osiągnąłeś więcej niż większość zawodników. Żałujesz czegoś lub myślisz, co mogło potoczyć się inaczej?
Oczywiście, czasem trudno się nie zastanawiać, zwłaszcza gdy padają takie pytania. Ale nie jestem osobą, która rozmyśla nad „co by było, gdyby”. Gdybym po poważnej kontuzji mięśnia dwugłowego uda w wieku 19 lat miał dzisiejsze możliwości leczenia, może wszystko potoczyłoby się inaczej.
Bez tamtego urazu, gdybym mógł utrzymać poziom z początków kariery, być może zdobyłbym jeszcze więcej Złotych Butów czy Złotych Piłek, może pobiłbym jeszcze więcej rekordów. Zazwyczaj po poważnej kontuzji nigdy nie wracasz już do dawnej formy. Czasem masz szczęście, ale najczęściej następuje jakiś spadek. Tak, mogłem osiągnąć jeszcze więcej, ale jestem zadowolony z tego, co zdobyłem, i po prostu staram się żyć dalej.
Mówiłeś o tym, że presja cię nie paraliżowała i wszystko przychodziło naturalnie. A jak było z przejściem do Realu Madryt? Czy to był krok w górę, czy pojawił się moment, w którym poczułeś się przytłoczony?
Przejście do Realu Madryt to oczywiście ogromny ruch, ale odchodziłem z Liverpoolu, który sam w sobie jest wielkim klubem. To było ciekawe, bo nigdy wcześniej nie zmieniałem klubu. Przeprowadzka do innego kraju, nowi koledzy z drużyny – wszystko było nowe. Nagle podawałem do zawodników w białych koszulkach zamiast czerwonych – nawet to było dziwne!
Ale nie wszedłem do tej szatni z poczuciem, że nie pasuję. Przecież rok czy dwa wcześniej zdobyłem Złotą Piłkę, więc czułem, że należę do grona tych wielkich piłkarzy.
Ta drużyna Realu była znana jako Galacticos. Patrząc na dzisiejszy Real Madryt, pełen gwiazd, ale i ostatnich kontrowersji, widzisz podobieństwa do własnych doświadczeń?
Nie powiedziałbym, że to dokładnie to samo, ale tak, Madryt zawsze miał taką kulturę – niesamowici piłkarze z całego świata. W każdej wielkiej szatni zdarzają się kłótnie, czasem nawet bójki, ale prawdziwa awantura to rzadkość.

Nasza ekipa Galacticos była pierwszą prawdziwą grupą absolutnie najlepszych piłkarzy świata, którzy spotkali się w jednym miejscu. Zidane, Figo, Ronaldo, Beckham, Raul, Roberto Carlos... po prostu wszyscy razem. Madryt zawsze miał wielkie gwiazdy, ale uważam, że nasza era była pierwszą, gdy tylu wybitnych zawodników grało razem w jednym czasie.
Porozmawiajmy o Liverpoolu. W tym sezonie, po ogromnych wydatkach transferowych i wielkich oczekiwaniach, drużyna ma problemy. Jak oceniasz sytuację zespołu i pozycję Arne Slota jako trenera?
W przypadku Slota bardzo rzadko zdarza się, by kibice Liverpoolu odwrócili się od własnego trenera, ale myślę, że obecnie wielu fanów chciałoby zmiany. Liverpool zwykle nie zmienia trenerów tak często jak inne kluby, a Slot ma zasługi za zdobycie mistrzostwa i prawdopodobnie zapewnienie gry w Lidze Mistrzów.
Ale dla Liverpoolu to za mało, tu nie chodzi tylko o czwarte miejsce. Myślę, że zostanie na początku przyszłego sezonu, ale jeśli wyniki w pierwszych 10 meczach nie będą dobre, presja gwałtownie wzrośnie.

Jeśli chodzi o cały sezon, powodów problemów jest wiele. Zespół zaczął sezon w tragicznych okolicznościach po stracie Diogo Joty i nikt nie wie, jak głęboko to wpłynęło na drużynę. Stracili kilku kluczowych zawodników, a zespół, który wcześniej świetnie współpracował, bardzo się zmienił.
Do tego doszły kontuzje, pytania o niektóre transfery, potrzeba czasu na zgranie, problemy z pewnością siebie – wszystko to się nawarstwiło. Nie można winić jednej rzeczy, ale Liverpool był poniżej własnych standardów i potrzeba dużego resetu latem, by wrócić na właściwe tory.
Skoro o transferach mowa – jak oceniasz przyjście Alexandra Isaka i Hugo Ekitike? Obaj to drodzy napastnicy na tę samą pozycję. Czy to była dobra decyzja, czy raczej zaszkodziła trenerowi?
Myślę, że Liverpool był zdecydowany na Isaka, ale transfery zawsze są skomplikowane. Gdy pojawiły się wątpliwości, nie mogli ryzykować braku napastnika, bo Jota, Darwin Nunez i Luis Diaz byli już poza klubem. Gdyby czekali na Isaka, Newcastle mogło zażądać jeszcze wyższej kwoty. Gdy Ekitike był już w klubie, transfer Isaka udało się sfinalizować za rozsądniejsze pieniądze.

Ostatecznie Ekitike prawdopodobnie okazał się transferem sezonu dla Liverpoolu. Ale sprowadzenie dwóch napastników na tę samą pozycję, przy jednoczesnym zastąpieniu tylko dwóch z trzech odchodzących ofensywnych graczy, sprawiło, że kadra jest wąska, zwłaszcza bez realnego zastępstwa dla Mohameda Salaha. Do tego zmiany na obu bokach obrony i wpływ na trzon ataku – wszystko to miało ogromne znaczenie w tym sezonie.
Newcastle również ma trudny sezon i Eddie Howe także jest pod presją. Jak oceniasz ich transfery napastników i ogólny postęp pod wodzą Howe’a?
Nowi napastnicy nie do końca się sprawdzili i mimo dużych wydatków Newcastle prawdopodobnie wciąż potrzebuje środkowego napastnika. Zastąpienie Isaka nie mogło dać zmiany na tym samym poziomie, zwłaszcza pod koniec okna transferowego, gdy ceny szybują w górę. Czasem po prostu nie masz wyjścia.
Mam jednak ogromny szacunek dla Eddiego Howe’a. Gdy odszedł z Bournemouth, pracowałem z nim w telewizji. To niezwykle inteligentny człowiek, świetny taktyk i po prostu bardzo dobry facet. Newcastle zrobiło z nim ogromny postęp: awansowało do Ligi Mistrzów, zdobyło trofeum.
Jeden trudny sezon tego nie przekreśla. Jeśli kibice Newcastle chcą zmiany trenera, nie będę miał dla nich zbyt wiele współczucia. Howe natychmiast znalazłby pracę w innym dużym klubie, nawet w reprezentacji Anglii.
Na koniec porozmawiajmy o Manchesterze United, a konkretnie o Michaelu Carricku. United zostawili go na stanowisku trenera. Czy to dobra decyzja?
Moim zdaniem to absolutnie słuszna decyzja. United od ponad dekady prezentuje się słabo, naprawdę słabo, i to niezależnie od tego, kto prowadził zespół. Byli i byli piłkarze, i trenerzy z wielkimi nazwiskami, i młodzi szkoleniowcy, i nic nie działało.

Teraz, z Carrickiem, mają kogoś, kto rozumie klub, jest spokojny, zna się na piłce i – co najważniejsze – osiąga wyniki. Kto przy zdrowych zmysłach powiedziałby: „Dziękujemy, ale nie”, skoro odmienił sytuację i wprowadził zespół do Ligi Mistrzów?
Jeśli przyszły sezon zacznie się źle, zawsze można znów coś zmienić. Ale teraz – po co burzyć coś, co wreszcie działa? Dziwi mnie, że ktoś chciałby zmian, gdy w końcu zaczęło się układać.
