Śląsk Wrocław - Pogoń Szczecin (2:1)
W przedostatnim meczu I rundy Pucharu Polski jasne było jedno: po nim z rozgrywek miała odpaść już siódma drużyna PKO BP Ekstraklasy. Po serii niespodzianek w poprzednich parach, zdecydowanie lepiej w mecz wszedł beniaminek. Gdy Attila Szalai za krótko wybijał przed pole karne, w momencie wybicia 3. minuty Piotr Samiec Talar przymierzył i posłał piłkę za kołnierz zaskoczonemu Valentinowi Cojocaru. Potwierdził tym samym, jak niebywałą pewność siebie zbudował!
Pogoń była bliska szybkiej odpowiedzi, gdy po rzucie rożnym Kamila Grosickiego bramkarz i obrońcy Śląska wspólnie czyścili piłkę z linii bramkowej. Wrocławianie wydali się lepiej ustawiać i szybciej zawiązywać starania ofensywne, a mimo to byli o włos od straty bramki ponownie w 20. minucie. Paul Mukairu fantastycznie przymierzył z dystansu pod poprzeczkę i Szromnik zaimponował paradą, wybijając na róg.
Kolejny fragment przyniósł żywą wymianę ciosów: Tomasiewicz nie zdołał wykończyć ataku Śląska, a Benjamin Mendy swój mocny strzał posłał nad poprzeczką. Zdecydowanie bliżej był Patryk Dziczek w 43. minucie, który zza szesnastki poważnie przetestował Szromnika. Choć mieli więcej prób, do tego jakościowych, piłkarze Pogoni na przerwę schodzili z niczym.
Podrażnieni brakiem efektów, piłkarze Portowców spędzili ponad kwadrans na osaczaniu Śląska pod bramką. O włos od gola był Wojciechowski w 53. minucie, który po rozegraniu rzutu wolnego miał sporo miejsca, ale pospieszył się i uderzył niecelnie. Wciąż nie było efektów, więc sprawy w swoje ręce wziął Mukairu. „Pawełek” sam zszedł z lewej strony, minął trzech rywali i załadował piłkę pod dalszy słupek, łamiąc opór Szromnika.
Wrocławianie wyraźnie czekali na swój moment, nie ruszyli po odzyskanie prowadzenia i w efekcie to Pogoń niezmiennie rozgrywała piłkę. Strategia WKS-u okazała się lepsza, bowiem w 83. minucie udało się sprowokować Keramitsisa do faulu w niezłej strefie boiska. Samiec-Talar wrzucił piłkę w pole karne, a tam Jehor Macenko głową dobił do bramki, dając prowadzenie w końcówce. Do końca Pogoń walczyła o przedłużenie spotkania i jeszcze w 90+4. minucie piłkę wybijał z pustej bramki Lamine Ba, by moment później świętować awans z kolegami!

GKS Tychy - ŁKS Łódź (1:0)
Oba zespoły są w gorszym położeniu niż chcieliby ich kibice, ale start obecnego sezonu dawał nadzieje i w Tychach, i w Łodzi. Każda ze stron mogła uznać losowanie za niezłe, a na swoim stadionie zdecydowanie lepiej w mecz wszedł GKS.
Już w 4. minucie Mateusz Lewandowski sprawdził refleks Łukasza Bomby uderzeniem z bliska, a przed upływem kwadransa Trąbka wrzucał z rzutu rożnego piłkę na głowę Hoyo-Kowalskiego. W kolei w 17. minucie Bomba musiał ratować się sprintem do piłki i wślizgiem, gdy Lewandowski chciał wykorzystać zbyt krótkie podanie w obronie.
Dopiero na półmetku pierwszej połowy Łodzianie zaczęli wysokie posiadanie przekładać na sytuacje przed bramką Tyszan. W 24. minucie z wolnego uderzał Koki Hinokio, choć Mądrzyk nie miał problemów z obroną. Im bliżej przerwy, tym bardziej przewaga ŁKS-u zamieniała się w dominację i gwizdek wydawał się uratować GKS.
Po zmianie stron gospodarze wrócili z nową energią i wydawało się, że mają przełamanie w 52. minucie. Rajd Kądziora pozwolił mu oddać strzał z ostrego kąta, Bomba przepuścił piłkę i zmierzała leniwie w kierunku linii bramkowej. Próbujący dopchnąć ją Lewandowski faulował jednak bramkarza przy słupku.
Pod drugą bramką konkret pojawił się w 61. minucie. Wtedy Igor Strzałek huknął z ponad 20 metrów, a Mądrzyk wybijał nad bramkę. Zupełnie nieoczekiwaną okazję miał Hoyo-Kowalski na 20 minut przed końcem, gdy jego dośrodkowanie okazało się strzałem. Nikt nie mógł dojść do piłki, w tym Bomba, który zaliczył poślizg i mógł tylko odetchnąć, że piłka wyszła tuż przy słupku. Wreszcie GKS doczekał się przełamania po 75 minutach. Bezpośrednio z wolnego uderzał Damian Kądzior i wkręcił piłkę perfekcyjnie pod dalszym słupkiem, mimo parady bramkarza.
Ten gol wydawał się całkiem zasłużony z przebiegu gry, a i sam autor wyróżniał się walką o trafienie. ŁKS musiał gonić wynik, zaś GKS wprowadził zmiany, które miały ułatwić utrzymanie prowadzenia. W czas doliczony Łodzianie weszli sfrustrowani, choć okupujący tercję defensywną Tyszan. Nadziali się zresztą na pojedyncze kontry, choć bez efektu.

Avia Świdnik - Wieczysta Kraków (3:1)
Grająca o dwie ligi niżej od Krakowian Avia rozpoczęła mecz z animuszem. Co prawda piłką grała głównie Wieczysta, ale miejscowi tylko czekali na swoją szansę do wyprowadzenia kontry. Po sześciu minutach to się udało, choć goście zneutralizowali zagrożenie. Za to przy drugim podejściu Wieczysta straciła gola: w 13. minucie Assuncao pognał z piłką wzdłuż trybuny, zszedł bliżej środka, dograł do Aftyki, ten krótko do Zubera, a jego kiwka pokonała Mikułkę.
Avia prowadziła i nie zamierzała na tym poprzestawać. Zdyscyplinowani na tyłach, miejscowi byli o włos od podwojenia prowadzenia w 37. minucie. Tym razem Zuber dogrywał, a Remeniuk strzałem szukał dalszego słupka. Znalazł dokładnie to – od obramowania piłka wzdłuż linii bramkowej wróciła do gry, zduszona ostatecznie przez bramkarza.
Niewykorzystana okazja została skarcona przez Wieczystą w ciągu paru minut. Lisandro Semedo znalazł Efthymiosa Koulourisa, a ten w trudnej pozycji zdołał zmieścić piłkę w bramce po bocznej siatce. Prowadzenia beniaminek Ekstraklasy szukał jeszcze przed przerwą i tuż po powrocie, co skazało Avię na długie okresy obrony w swojej tercji. W 57. minucie błysnął Łukasz Jakubowski, wybijając główkę Semedo przy słupku.
Świdniczanie przetrwali trudny moment i po wybiciu godziny wyprowadzili swój atak. Strzał Pigiela z lewej stracił impet po rykoszecie i został wybity, ale defensywa Wieczystej nie była przygotowana przy kolejnym podejściu z tej samej strony. Piłka dotarła do Remeniuka, który z kilkunastu metrów załadował pod dalszy słupek na 2:1.
Gdy w 75. minucie w polu karnym Avii padł Lungoyi, goście domagali się rzutu karnego, jednak arbiter miał inne zdanie i VAR decyzję potwierdził. Chwilami nieco nerwowi, piłkarze Avii i tak zaskakująco skutecznie radzili sobie z wysiłkami Wieczystej i opłaciło się: gdy w 85. minucie Krakowianie wykonali kolejny stały fragment przed polem karnym, udało się wyprowadzić kontrę.
Niepsuj pognał do piłki przerzuconej na prawo i w polu karnym dograł na środek, gdzie wysokim strzałem popisał się Bartosz Falbierski. Jego gol dobił gości, którzy zostali w Świdniku „przeczytani” zbyt łatwo. Lungoyi mógł jeszcze odważnym szczupakiem przedłużyć nadzieje gości w 90+3. minucie, jednak Jakubowski błysnął szybką interwencją.

