Śliwka z końcem kwietnia zdobył brązowy medal w lidze tureckiej w barwach Halkbanku Ankara, a teraz dorzucił kolejny już jako siatkarz PGE Projektu. W ekipie ze stolicy na zasadzie transferu medycznego zastąpił Bartosza Bednorza.
"Plan zrealizowany, Śmiałem się, że będą na drugim meczu w Rzeszowie, że fajnie byłoby zdobyć dwa brązowe medale w jednym sezonie i udało się. Tym bardziej, że to był trudny sezon dla mnie po powrocie po kontuzji, ale cieszę się, że go tak kończę" – stwierdził Śliwka, którego zespół w czwartym meczu rywalizacji o brąz wygrał w Rzeszowie 3:0 (25:19, 25:15, 25:20).
Siatkarze ze stolicy mieli niepowtarzalną szansę zamknięcia rywalizacji w trzecim meczu prowadząc przed własną widownią 2:0 i 18:15.
"Nie udało się, ale trzeba podkreślić, że Resovia naprawdę ma w swoich szeregach klasowych zawodników, również w kwadracie dla rezerwowych, może dużo mieszać. Dzisiaj to im się nie udało, byliśmy świetnie przygotowani taktycznie na każdego zawodnika, który tam stał i który wchodził na boisko. Natomiast w Warszawie, myślę, że zabrakło tego zakończenia, bo jak dasz Resovii szansę, dasz im palca, to wezmą całą rękę i cały mecz. Dzisiaj nasza koncentracja była na najwyższym poziomie i ani na trochę nie daliśmy im przejąć inicjatywy" – podkreślił Śliwka.
Zadowolenia nie ukrywał również Karol Kłos.
"Wyszarpany ten brązowy medal, dzisiejsze spotkanie, mimo że 3:0, to chyba tak mentalnie nie było łatwe, bo wiedzieliśmy co się wydarzyło w Warszawie. Witaliśmy się z gąską, ale gdzieś nam to uciekło i nie chcieliśmy na pewno tego powtórzyć" – mówił środkowy PGE Projektu, który przez ostatnie dwa sezony występował w barwach... Asseco Resovii.
- Bardzo mnie cieszy ten medal, bo zmieniłem miejsce, wróciłem do domu i wyszło na koniec na trochę lepiej. Z sentymentem wracam do Rzeszowa. Zawsze lubię tu grać. Sporo znajomych twarzy było na trybunach, które przez te dwa lata się widywało. Osobiście mnie to bardzo cieszy, że podjąłem taką decyzję i mogę się teraz cieszyć – stwierdził środkowy PGE Projektu.
Jego zespół w Rzeszowie potrzebował 76 minut, żeby zdecydowanie pokonać Asseco Resovię.
"Myślę, że duża tutaj zasługa naszych dwóch przyjmujących, którzy trzymali to wszystko w ryzach, ciężko było ich ugryźć. Bardzo solidne przyjęcia. Nawet jak leciały gdzieś tam bomby, a to jest myślę największa broń Resovi, odkąd pamiętam. Sam jak tu grałem to była to największa broń. Baliśmy się, że w tym trzecim secie już naprawdę nie będą mieć nic do stracenia i odpalą, ale chłopaki to przetrzymali. Solidnie gra, z 'nabitkami', z ponawianiem akcji pod naszą kontrolą" – opisał Kłos.
Minorowe nastroję panowały w Asseco Resovii, która mimo wysokich aspiracji sezon zakończyła na czwarty miejscu.
"Po trzecim meczu mieliśmy nadzieję, narobiliśmy sobie trochę apetytu, że może to zaskoczyło w tym ostatnim momencie, ale Warszawa dzisiaj kontrolowała od początku do końca. Mimo tego, że my staraliśmy się wyszarpać, to gdzieś brakuje nam, brakowało do końca, takiej stabilności i pewności. Tak naprawdę szarpana, nierówna gra z naszej strony przez cały sezon. Paradoksalnie wydaje mi się, że chyba nawet lepiej wyglądaliśmy na jego początku, niż teraz na końcu" – stwierdził Marcin Janusz, kapitan zespołu z Rzeszowa.
