Po bolesnej porażce w pierwszym meczu Curacao mogło się cieszyć, że strzeliło gola Niemcom. W starciu z Ekwadorem też byli skazywani na pożarcie. Na pewno tego chciały trybuny ogromnego Arrowhead Stadium, wypełnione jaskrawo żółtymi koszulkami La Tri.
Sprawdź szczegóły meczu Ekwador – Curacao
Mogli zacząć od gola, później było tylko trudniej
Wyspiarze nie zamierzali kłaniać się faworytom i wyszli wysoko od początku, co powinno było ich kosztować słono. Po dwóch minutach Enner Valencia doszedł do długiego podania poza zasięgiem obrońców i nie mógł uwierzyć, że dał Eloyowi Roomowi szansę na świetną obronę.
Po niewykorzystanej pierwszej okazji sprawy w swoje ręce wzięli piłkarze Niebieskiej Fali i już w 8. minucie zryw Tahitha Chonga mógł skończyć się dobrą kontrą. Nieporozumienie przed polem karnym ucięło tę próbę, ale sekundy później zapuścił się pod szesnastkę stoper Floranus, oddając strzał z dystansu obok słupka.
Po serii ciekawych, ale nieskutecznych ataków ponownie do głosu doszedł znów Ekwador. John Yeboah zmusił bramkarza do interwencji jako drugi. Skoro były zawodnik Śląska Wrocław przedarł się prawą stroną, tą samą drogą spróbował moment później Pedro Vite. Jego poszukiwanie dalszego słupka skończyło się na bandzie.
Zawodnicy Curacao szybko wracali do niskiej obrony i Ekwador nie mógł podkręcać tempa. Granie wyglądało chwilami na rekreacyjne, choć wynikało w dużej mierze z frustracji, że wszystkie drogi w pole karne są zamknięte. Dopiero w 20. minucie Valencia atakował ponownie, a piłka spadła Roomowi pod nogi.
Już mniej liczne, kontry Curacao siały chaos w defensywie La Tricolor. W 33. minucie Juninho Bacuna doszedł do strzału z półobrotu, zablokowany ciałem przez rywala. Doczekaliśmy się nawet celnego uderzenia Wyspiarzy na początku doliczonego czasu, jednak Comenencia nie mógł przestraszyć Galindeza.
Druga połowa upłynęła na niedowierzaniu
Ale i Room w bramce Curacao nikogo się nie bał – w pierwszej połowie obronił sześć uderzeń. Po powrocie nie obniżał lotów, ofiarną paradą gasząc groźny strzał Moisesa Caicedo już w 50. minucie. Koledzy Rooma z pola mieli znacznie więcej problemów: faworyci przycisnęli, szybko przyszły żółte kartki i stałe fragmenty pod bramką.
Gdy Gonzalo Plata nie wykorzystał główki po rogu w 59. minucie (Room wybił), Wyspiarze wyprowadzili kontrę, która ośmieszyła rywali. Dwa groźne strzały oddali jeden po drugim J. Bacuna i Comenencia, a moment później Galindez musiał interweniować po raz trzeci, ratując swój zespół.

Trudno jednak chwalić Galindeza broniącego incydentalnie, gdy Room moment później miał już 12 obronionych strzałów! Ekwadorczycy nie mogli uwierzyć, że kolejne próby Valencii czy Williana Pacho kończyły się na rękawicach niestrudzonego bramkarza. Hincapie i Yeboah uderzali niecelnie, a rakieta Nilsona Angulo z dystansu nie złamała rąk Rooma. W rewanżu do strzału doszedł Juninho i był o włos od zaskoczenia Galindeza na kwadrans przed końcem.
W ostatnie 10 minut weszliśmy petardą Vite z dystansu, którą zatrzymały uniesione ręce Rooma. Cztery minuty później Valencia dał sobie wybić piłkę spod nogi na ostatnich metrach i trener Beccacece chyba tracił wiarę. Zwłaszcza po "centrostrzale" Angelo Preciado w 90. minucie, który wylądował na poprzeczce, czy kontrze Curacao trzy minuty później. Nic z niej nie wyszło, a minuta uciekła. Jeszcze VAR sprawdzał karnego w 90+5. minucie, ale nie weszło nic.

