Kapitan oraz lider "Nafciarzy” dzięki kluczowemu podaniu przy golu na 3:3 Niemca Leona Draisaitla w 52. minucie uzyskał już 40. punkt w sezonie i wyraźnie prowadzi w klasyfikacji kanadyjskiej. Ma dziewięć goli i 31 asyst w 16 występach.
McDavid był też jedynym zawodnikiem Oilers, który wykorzystał rzut karny. W czwartej serii szalę na stronę gospodarzy przechylił jednak Rosjanin Arseni Grycjuk.
Trener pokonanych Mike Babcock przyznał, że wygrała drużyna lepsza, a goście mogą być zadowoleni, że wywożą z Prudential Center jeden punkt.
"Nie wiem, co się stało w trzeciej tercji, kiedy straciliśmy trzy bramki. Rywale byli znacznie lepsi, znacznie szybsi, a my co chwilę gubiliśmy krążek. Możemy mówić o szczęściu, że mamy choć ten punkt" - skomentował Babcock.
Mimo pierwszej od czterech meczów porażki ekipa z Kanady zachowała pierwsze miejsce na Zachodzie, choć 25 punktów mają również hokeiści Minnesota Wild (4:2 z Philadelphia Flyers).
W Konferencji Wschodniej na czele są Carolina Hurricanes - 27 pkt. Broniąca Pucharu Stanleya drużyna z Raleigh po serii czterech wygranych uległa na wyjeździe Nashville Predators 1:4.
Szwajcar Roman Josi i Ross Colton, który posłał krążek do pustej bramki gości i 41 sekund przed końcową syreną ustalił wynik, odnotowali po golu oraz asyście.
"Mieliśmy bardzo trudny początek sezonu i zgubiliśmy niepotrzebnie kilka punktów. Ale myślę, że wyszło nam to na dobre, bo teraz widać postęp" - ocenił trener ósmej drużyny Konferencji Zachodniej Andrew Brunette.
Przerwana została również, na pięciu, seria wygranych Montreal Canadiens, którzy na własnym lodowisku po dogrywce musieli uznać wyższość Winnipeg Jets. Gola na 5:4 strzelił w czwartej minucie dodatkowego czasu gry Dylan Samberg.
Mecz miał jednak niecodzienny przebieg, gdyż goście jeszcze 160 sekund przed końcem regulaminowego czasu gry przegrywali... 0:4.
Odrobienie takiej straty w tak krótkim czasie to rekord NHL. Wcześniejszy od 10 listopada 2007 roku należał do Los Angeles Kings, którzy jednak powrót z czterobramkowego deficytu rozpoczęli siedem minut i 14 sekund przed końcem pojedynku z Dallas Stars.
"Potrzebowaliśmy czegoś szalonego i to się wydarzyło. Cztery gole w ciągu dwóch minut i sześciu sekund... To zdarza się niezwykle rzadko, jeśli w ogóle. Coś niewiarygodnego. Atmosfera w szatni była taka jak po zdobyciu Pucharu Stanleya. Jestem dumny z drużyny, ale myślę, że chłopcy jeszcze bardziej mogą być dumni sami z siebie" - podsumował szkoleniowiec Jets Scott Arniel.
