Flashscore spotkał się z Razovem tuż po tym, jak reprezentacja Stanów Zjednoczonych odpadła z Mistrzostw Świata 2026 po meczu z Belgią, co dla gospodarzy turnieju było bolesnym rozstrzygnięciem. W szerokiej rozmowie ocenił zespół Mauricio Pochettino, poszukiwania prawdziwej „dziewiątki”, transfer Roberta Lewandowskiego do jego byłego klubu oraz przyszłość MLS.
Rozmawiamy tuż po eliminacji Stanów Zjednoczonych przez Belgię. Jak ocenia pan ogólną postawę zespołu w mistrzostwach? Co zrobili dobrze, a w czym zabrakło im jakości?
Ciężko było ocenić, jaki był potencjał tego zespołu. Okres przygotowawczy nie był najlepszy pod względem wyników, ale myślę, że trener miał swój plan.
Wyjście z fazy grupowej było priorytetem numer jeden i zostało to zrealizowane bardzo dobrze. Przegrana z Turcją w ostatnim meczu, który właściwie o niczym nie decydował, pozwoliła dać odpocząć niektórym zawodnikom, co dla mnie jest zrozumiałe. Pokonali Bośnię, która nie jest topową europejską drużyną, ale jest wymagająca, a w fazie pucharowej nigdy nic nie wiadomo, więc misja numer dwa została wykonana.
Potem przyszło starcie o wyżej zawieszonej poprzeczce. Belgia to dla mnie drużyna plasująca się w pierwszej dziesiątce w Europie, zespół z prawdziwego zdarzenia, z klasowymi piłkarzami. Było może przekonanie, że USA jest bardziej atletyczną i dynamiczną drużyną, a gra u siebie z pewnością pomogła. Atmosfera na stadionach była cudowna i sprawiła, że wielu ludzi poczuło sympatię do futbolu w tym kraju.
Ale przecież grali z Belgią niedawno, może 6-8 miesięcy wcześniej i myślę, że wynik wynosił 5:2. To był mecz towarzyski, więc sytuacja jest inna, ale to powinno być sygnałem ostrzegawczym. Jeśli pytasz mnie, kto zagrał bardzo dobrze dla USA, myślę, że Tillman był jedynym, który pokazał swój poziom. Reszta nie była sobą.
Mauricio Pochettino przychodził z ogromnymi oczekiwaniami. Co już zmienił, a co wciąż wymaga czasu?
Oceniając z zewnątrz, zawsze wyrażasz opinię i zgadujesz, ponieważ tylko trener i zawodnicy wiedzą, co dzieje się w środku. Myślę, że naprawdę próbował rzucić wyzwanie grupie pod względem mentalności i tego, co oznacza gra dla swojego kraju. Być może to coś, co Amerykanie z południa czy Europejczycy czują kulturowo bardziej, chociaż mogę się mylić, bo uważam, że tym zawodnikom naprawdę zależy.
Stany Zjednoczone bardzo różnią się od każdego innego kraju. Każdy naród ma swoją tożsamość, a to jest kraj wielokulturowy, pełen ludzi z różnych środowisk. Zebranie tej pasji i obserwowanie jej na stadionach było czymś wspaniałym. Pochettino postawił sprawę jasno: każdy mecz ma znaczenie i nikt nie może czuć się pewny miejsca w składzie.
Przez pierwsze trzy lub cztery mecze widziałem zespół grający w bardzo dobry sposób. Byli dynamiczni, zaangażowani, walczyli i biegali. Możliwe, że trafili na belgijski zespół, który był gotowy i chciał coś udowodnić, a USA tego dnia nie było gotowe na walkę. Na tym poziomie nie można popełniać takich błędów. Było mnóstwo błędów indywidualnych, zbiorowych, katastrofalnych, a gdy tak się dzieje, w takim turnieju nie masz już szans.
Był pan jednym z najlepszych amerykańskich napastników swojej generacji. Dlaczego Stany Zjednoczone przez tyle lat miały trudności z wypuszczeniem w świat prawdziwej „dziewiątki”?
To bardzo trudne pytanie. Mogę mówić na podstawie mojej pracy klubowej tutaj w Los Angeles przez ostatnie ponad osiem lat. Kiedy obserwujesz dzieciaki przechodzące przez akademie, niektóre z nich osiągną sukces, ale nie widziałem jeszcze takiego talentu, który kazałby powiedzieć: to jest coś wyjątkowego, tak jak widzi się to w Europie czy Ameryce Południowej. To tylko mała pula, w której pracuję w LA.
Pozycja numer dziewięć również zmieniła się w porównaniu do tego, czym była kiedyś. Utalentowani zawodnicy tacy jak Lewandowski byli bardziej jak napastnicy starej szkoły, a przed nim może Zlatan Ibrahimović, i można wrócić do Ronaldo, (Marco) van Bastena, czy Davora Šukera. To byli unikalni gracze.
To nie tak, że kraj nie próbuje i nie rozwija piłkarzy. W MLS zespoły grają na wiele różnych sposobów i moim zdaniem nie ma jednego systemu, który byłby idealny do rozwoju zawodnika. Jeśli spojrzysz na Baloguna, to nie jest on p"roduktem" tego kraju. Przyjął grę dla USA, ale nie został tutaj wyszkolony. Im więcej takich chłopaków gra w Europie w wielkich klubach, tym lepiej, ale to nie znaczy, że MLS nie może ich szkolić. Wierzę, że zawodnicy mogą się tutaj rozwijać.
Czy wierzy pan, że Folarin Balogun może być napastnikiem, na którego USA czekało?
Czy USA czekało konkretnie na niego, tego nie wiem. Miał dobry turniej. Zdobył trzy bramki, był aktywny i dynamiczny. Napastnicy zawsze zależą od reszty zespołu. Jeśli piłka do nich nie dociera, jeśli masz dzień taki jak oni, gdzie stworzyli bardzo niewiele okazji przeciwko obrońcom wyższego poziomu, to jest dość trudno.
W tej chwili pokazał, że jest najbardziej gotowy, by być tym człowiekiem. Zobaczymy, jak rozwiną się kolejne lata i kto jeszcze pojawi się w systemie, bo być może tacy gracze już istnieją, tylko jeszcze nie zostali odkryci.

Zakrzewski Hall? "Trzeba pozwolić mu pracować"
Przyszedł mi do głowy jeszcze jeden napastnik, Julian Zakrzewski Hall. Jaka jest pana opinia o nim, bo wygląda na to, że ma potencjał, by przewodzić formacji ofensywnej USA przez lata?
Nie byłoby sprawiedliwe, gdybym go oceniał, ponieważ nie widziałem go wystarczająco dużo. Widziałem go trochę tu i ówdzie. To bardzo młody zawodnik, tak naprawdę w swoim pierwszym sezonie na poziomie pierwszej ligi. Potencjał jest zawsze czymś wspaniałym, talent również, ale to tylko 1/3 równania. Widziałem tak wielu graczy na wszystkich pozycjach, którzy mieli niewiarygodny talent i potencjał, ale na tym etapie mojego życia i pracy trenerskiej ta liczba staje się coraz mniejsza.
Około 1/3 sukcesu to czysty talent. Reszta to pragnienie, mentalność, umiejętność nauki, dojrzewanie, chęć poprawy każdego dnia i szczęście. Szczęście to duża część tej podróży. Timing, trafienie w odpowiednie miejsce, postawienie w pozycji do odniesienia sukcesu, a potem jego utrzymanie. Ludzie zdobywają 10, 12, 15 bramek w jednym sezonie w jakimś miejscu, a potem już nigdy o nich nie słyszysz. To nie jest kariera. Prawie każdy może to zrobić raz.
Ale kiedy patrzysz na Lewandowskiego w każdym sezonie, Cristiano Ronaldo przez długi czas, czy (Romelu) Lukaku, zanim wpadł w kłopoty – był po prostu bezwzględny, stanowił zagrożenie i robił to wielokrotnie. Potrzebujemy, aby Balogun i inni chłopcy robili to co sezon. W przypadku Juliana jest tak samo, ale zdecydowanie za wcześnie, by o tym mówić. Po prostu trzeba pozwolić mu pracować.
Rada dla Lewandowskiego? Tylko ostrzeżenie przed specyfiką MLS
Jaka była pana pierwsza reakcja, gdy usłyszał pan, że Robert Lewandowski dołącza do pana Chicago Fire?
Nie jestem pewien, czy to nadal „moje” Chicago Fire; minęło sporo czasu. Słyszeliśmy plotki od miesięcy i to ma sens. Jedną z rzeczy, która czyniła nasz czas w Chicago czymś wyjątkowym, była więź z Polonią. Mieliśmy kilku ważnych polskich zawodników: Nowaka, Podbrożnego, Koseckiego – wybaczcie, jeśli o kimś zapomniałem. Istniała prawdziwa więź z miastem i społecznością, więc teraz to naturalne, by łączyć Lewandowskiego z Chicago.
Próbują przywrócić drużynie status liczącej się w lidze. Powstaje nowy stadion, mają centrum treningowe, a teraz wydaje się, że mają najważniejszy element układanki.
Gdyby Robert poprosił pana o radę przed swoim pierwszym sezonem w MLS, co powiedziałby pan jako pierwsze?
Po pierwsze zapytałbym go: "Dlaczego do diabła pytasz mnie? To ja powinienem pytać ciebie o radę". Miałem szczęście. Grałem z Georgem Weah, Christo Stoiczkowem, polskimi chłopakami, Lubošem Kubíkiem, Claudio Suárezem – meksykańską legendą.
To podróże zawsze dają się we znaki. Zawodnicy, z którymi pracuję w LAFC – Hugo Lloris, Bouanga, Carlos Vela, Giorgio Chiellini – trudno im sobie wyobrazić lot sześć godzin w jedną stronę, by zagrać w sobotę, potem cztery godziny lotu, by zagrać w środę, a następnie trzy lub cztery godziny powrotu do LA, by zagrać ponownie w weekend. W jednym miejscu może padać śnieg, a w innym panować lato.
To najtrudniejszy element. Podróże są męczące, bo nie śpisz dobrze w hotelach, tylko w samolocie. Ludzie mówią, że narzekamy, ale to nie jest styl życia gwiazd rocka.

Nadal jest pan najlepszym strzelcem w historii klubu. Czy wraz z przyjściem Lewandowskiego pana rekord jest wreszcie poważnie zagrożony?
W tamtych czasach nikt nie strzelał 30 bramek w sezonie. 25 goli było znacznie trudniejszym osiągnięciem. Boiska nie były w najlepszym stanie, a poziom był inny, choć wciąż mieliśmy dobrych graczy. Teraz strzelanie bramek jest znacznie bardziej promowane, i słusznie, ponieważ chcemy oglądać gole i atakujące drużyny.
Mieliśmy okazję oglądać z bliska, jak Carlos Vela strzelił 36 bramek w sezonie. Czy Robert może strzelić 30 goli? Tak, wyobrażam sobie to. Strzelał 30 bramek w Barcelonie. To inny poziom, a jego koledzy z drużyny nie będą tacy sami, ale wyobrażam sobie, że pomoże im ogromnie.
To raczej kwestia adaptacji z miejsca, w którym był, do realiów, jakie go czekają. W tym do gry w gorącym klimacie oraz podróży, a także tego, w jakiej jest dyspozycji fizycznej po przerwie. Przewagą dla niego jest to, że reszta ligi również miała kilka tygodni przerwy. Zobaczymy, jak szybko wróci do pełnej dyspozycji.
Czy Chicago Fire potrzebuje zakupów i sprowadzenia większej liczby graczy wokół Lewandowskiego, by zapewnić mu dogrania?
Nie jestem pewien, czy znasz zasady naszej ligi. Jeśli w domu nie ma co jeść, to i tak nie możesz iść na zakupy, kiedy tylko chcesz. Nie znam ich statusu finansowego ani tego, ile mają miejsca w budżecie płacowym. To nie jest Europa, gdzie możesz po prostu powiedzieć: „nie chcemy cię już”, a potem wypłacić pieniądze i się rozstać.
Taka operacja może zdarzyć się raz w sezonie na jednego zawodnika w każdym zespole. Czy można stworzyć przestrzeń i przeprowadzić przebudowę? To nie są realia naszej ligi. Musisz odrobić znacznie więcej pracy domowej i wierzyć w osobę, w którą inwestujesz, w tzw. wyznaczonych zawodników (DP), bo nie możesz się pomylić.
Mamy trzech dostępnych dla każdego zespołu i dwóch z tej trójki musi być strzałem w dziesiątkę. Muszą być topowi dla swojego zespołu – nie topowi w Europie, ale topowi dla zespołu, do którego trafiają. Jeśli nie trafisz z jednym, wciąż możesz odnieść sukces, ale jeśli spudłujesz z dwoma z trzech, to "no bueno".
Mają środkowego napastnika, który jest obecnie jednym z najlepszych strzelców w lidze, czyli (Hugo) Cuypersa, więc nie wiem, czy będą grali w ustawieniu 4-4-2. Trener ma wiele możliwości wyboru.
Wracając do pana mistrzowskiego zespołu Chicago Fire z Piotrem Nowakiem i Romanem Koseckim, jak wyglądała szatnia i co znaczył dla pana tamten czas pod wodzą Boba Bradleya?
To był z pewnością najlepszy czas piłkarski w mojej karierze. Pierwsze 3-4 lata z Bobem to była masa nauki. Nasza szatnia była bardzo głośna. Mieliśmy wiele osobowości. Wielu chłopaków z tamtego okresu zostało głównymi trenerami i asystentami w MLS, co jest wyjątkowe. Byłoby interesujące, gdyby ktoś zrobił o tym badania, bo tak wielu graczy z tych drużyn zajęło się trenowaniem. Czy to był wpływ trenera, czy coś innego? Nie potrafię powiedzieć.
Mieliśmy grupę, która była zaangażowana, a treningi były bardzo intensywne. Czasami ta intensywność prowadziła do kłótni i krzyków. Ale gdy tylko wchodziliśmy na boisko w meczach, szybko dawaliśmy lidze do zrozumienia, że jesteśmy bardzo poważni w tym, co chcemy osiągnąć.
MLS wchodzi na nowe poziomy, ale Lewy i Griezmann jej nie rozwiną
Obserwuje pan MLS od samego początku, jako zawodnik, a potem jako trener. Która międzynarodowa supergwiazda zmieniła tę ligę najbardziej: David Beckham, Ibrahimović czy Lionel Messi?
Pierwszą potężną zmianą było przyjście Beckhama do ligi, co przyciągnęło uwagę mediów i opinii publicznej, a on sam był bardzo dobrym graczem. To było pierwsze trzęsienie ziemi w MLS i wszyscy mogą być wdzięczni, że do tego doszło, bo otworzyło to drzwi do przyszłości.
Potem pojawił się Carlos Vela, który trafił w swoim najlepszym wieku – mając 28 lat – do LAFC w 2018 roku i wygrał nagrodę MVP, a także Ibrahimović. Rywalizacja, którą stworzyło LA między LAFC a Galaxy, pchnęła ligę do przodu. To były najważniejsze derby i być może wciąż są.
A teraz widzisz Messiego, co jest zupełnie innym równaniem; moim zdaniem to najlepszy piłkarz wszech czasów. Myślę, że zmieni wszystko i otworzy kolejne drzwi.

Tego lata MLS powitało Lewandowskiego i Antoine’a Griezmanna. Czy to oznacza, że liga osiągnęła kolejny poziom pod względem globalnej reputacji?
Nie mogę odpowiedzieć na to pytanie, bo nie wiem. Wiem natomiast, że ci goście przyjeżdżają już w późniejszym etapie kariery. Nie przyjadą w wieku 26 lat. Carlos był jedynym wyjątkiem.
Dla ich rodzin to zmiana stylu życia. Wielu z tych zawodników może tu spacerować ulicą i nikt im nie przeszkadza. Wyobrażam sobie, że Robert Lewandowski może przejść się ulicą w Manhattan Beach i nikt go nie zaczepi. Kiedy Beckham przybył po raz pierwszy, ludzie zauważali go trochę, ale bardziej interesowali się pójściem na plażę.
Istnieje przekonanie, że mogą kontynuować grę w piłkę i wciąż coś wnieść, łącząc to ze zmianą stylu życia i mniejszą presją. To nie jest liga o takiej intensywności jak Premier League czy włoska Serie A, gdzie po przegranym meczu możesz nie chcieć zabrać rodziny na kolację. Tutaj ta część życia jest dla nich znacznie łatwiejsza.
Piłka nożna rozwija się w Stanach Zjednoczonych niezwykle szybko. Czy MLS może realistycznie stać się tak popularna jak NFL, NBA czy Major League Baseball, czy jest to po prostu niemożliwe?
Piłka nożna rozwijała się cały czas. Każde dziecko gra w piłkę, krajobraz młodzieżowy jest pełny, wszędzie są ligi i kluby piłkarskie.
Niekoniecznie przełożyło się to na wzrost naszej ligi, bo to nie jest tak naprawdę połączone. Ale frekwencja w MLS przekroczyła już frekwencję w koszykówce i hokeju, jak sądzę. Mamy teraz stadiony typowo piłkarskie, nie na 50 czy 60 tysięcy miejsc, ale na 22, 25, 30 tysięcy, co jest świetne, bo są zawsze pełne i są zupełnie nowe. Nasze zaplecze treningowe jest światowej klasy i rywalizuje z najlepszymi na świecie. Jedziesz do takiego miejsca jak Włochy z taką tradycją, a infrastruktura się rozpada.
Czy MLS może kiedykolwiek zasypać przepaść dzielącą ją od koszykówki, baseballu i futbolu amerykańskiego? Rusza się, zbliża. Chcemy, żeby wszystko wydarzyło się dzisiaj, ale pracujesz przeciwko 100-letniej historii. Wszystkie te dyscypliny sportu istnieją od 100 lat, a MLS od 30.
To samo dotyczy reprezentacji narodowej. Przed 1990 rokiem to byli amatorzy, grający w ligach pubowych ze znajomymi. Teraz to poważna sprawa i ludzie słusznie są źli, gdy przegrywamy. Spójrz na Włochy, czterokrotnych mistrzów świata, którzy do czasu następnego turnieju nie zakwalifikują się na mistrzostwa świata przez 16 lat. Presja jest dobra.
Widzę, że MLS może się teraz zmieniać, może nastąpi zmiana komisarza, może zmiany zasad, które pozwolą na jeszcze więcej. Supergwiazdy są świetne, ale potrzebujemy też graczy „pomiędzy”, topowych zawodników, którzy nie muszą być wielkimi nazwiskami, aby nasze zespoły naprawdę wystrzeliły. Naszą największą konkurencją są meksykańskie drużyny w Lidze Mistrzów CONCACAF, to one wygrały około 24 z ostatnich 25 finałów.
Chodzi o to, jak wydawane są pieniądze. Nie można mieć jednego faceta zarabiającego 50 milionów w szatni, a drugiego zarabiającego 150 tysięcy, który zastanawia się, czy stać go na kolację w restauracji, i oczekiwać rywalizacji na najwyższym poziomie.
Mamy wszystko: stadiony, centra treningowe, 30 zespołów. Musimy tylko znaleźć odpowiedni przepis, ponieważ Messi odejdzie, nie może grać wiecznie. Robert tu jest, ale też nie będzie grał wiecznie, może dwa lata. Jaki jest następny krok dla naszej ligi? Nie sądzę, by samo kupowanie 37- i 38-letnich legend było właściwym przepisem.
Spędził pan kilka lat jako asystent trenera w LAFC. Co sprawia, że ta grupa różni się od reszty MLS?
Od początku był to czysty projekt. Pod koniec 2017 roku, kiedy dołączyłem, nie było żadnych zawodników, a potem szybko podpisano Carlosa Velę. Mieliśmy Boba Bradleya jako trenera i Johna Thorringtona jako dyrektora generalnego, stworzyliśmy ideę połączenia wszystkiego. Wiedzieliśmy, gdzie będzie stadion, budowany w centrum miasta, i już byli kibice oraz podekscytowanie.
Jest coś specyficznego w życiu w Los Angeles: fani chcą być zabawiani, bo możesz iść na plażę lub jeździć na nartach tego samego dnia, a jeśli nie przykujesz ich uwagi, to nie przyjdą. Ruch uliczny jest tak fatalny, że nikt nie chce stać w korkach, by oglądać słabo grającą drużynę. Więc stworzyliśmy ideę ekscytującego, ostrego, szybko atakującego futbolu, co od razu nadało nam tożsamość.
Najlepszym komplementem w tamtych wczesnych latach było to, że ludzie na Wschodnim Wybrzeżu zarywali noce, by nas oglądać, bo byli autentycznie podekscytowani. Mieliśmy atakować, stosować pressing i kontrpressing. Czy zawsze działało? Nie. Ale oddawało to, co chcieliśmy osiągnąć. Klub kontynuował tę tożsamość. Przyszedł nowy trener, który zebrał owoce tego, co zostało zasiane, i szybko byliśmy blisko zdobycia tytułu.
Tamten zespół z 2019 roku jest jednym z najlepszych w historii ligi. Fundament został położony, a trenerzy, którzy przyszli, skapitalizowali to. Zdobyliśmy dublet w 2022 roku, graliśmy w wielu finałach i wygraliśmy Supporters' Shield, co w dowolnym miejscu w Europie uczyniłoby cię mistrzem.
Nadal w kontekście LAFC, co Son Heung-min wniósł do klubu, nie tylko jako zawodnik, ale jako lider?
Byłem tam tylko do stycznia, więc wtedy opuściłem klub. To wspaniały facet, supergwiazda na boisku, która jest bardzo skromna, z prawdziwym pragnieniem zwycięstwa oraz wysokim poziomem profesjonalizmu i standardów. To piłkarz światowej klasy, który ożywił zespół w momencie, gdy potrzebował on energii.
To, co było tak głębokie od samego początku, to elektryzujące połączenie z Bouangą. Myślę, że wspólnie zdobyli 25 naszych goli. Niestety, ostatecznie to nie wystarczyło.
Teraz ciąży na nim ogromna presja związana z Koreą i wiem, że ten turniej mistrzostw świata nie poszedł tak, jak chcieli. Ale moje doświadczenia z Sonnym były naprawdę świetne.
Gdyby mógł pan przekonać jednego obecnego światowej klasy zawodnika do dołączenia do MLS w przyszłym sezonie, kto by to był?
To trudne. Myślałem, że Kevin De Bruyne będzie tu już teraz. Zawsze go podziwiałem jako piłkarza. Chciałbym zobaczyć też Bernardo Silvę, bo mówię tylko o zawodnikach, którzy realnie są na tym etapie kariery. Nie mogę powiedzieć Phil Foden czy Cole Palmer, bo oni są wciąż młodzi i warci 150 milionów dolarów, więc nawet nie będę próbował.
W ostatnich kilku latach chciałbym zobaczyć Lukę Modricia, ponieważ jestem pochodzenia chorwackiego, a on jest legendarnym pomocnikiem, jednym z największych w historii.
