Saga wokół Alvareza wywołała ogromne poruszenie między Metropolitano a Camp Nou, a skutki tej burzy mogą być naprawdę poważne. Najpierw pojawiła się rzekomo oferta w wysokości 100 milionów euro za argentyńskiego napastnika, którą Atletico zdementowało i odpowiedziało żartem.
W mediach społecznościowych opublikowano wpis ze znanym zwrotem "Here We Go" używanym przez eksperta transferowego Fabrizio Romano, a w ramach żartu zaoferowano cztery bilety na koncert piosenkarza Bad Bunny, pestki słonecznika i prenumeratę dziennika ABC w zamian za transfer Lamina Yamala.
Później pojawiła się kolejna propozycja za Pedriego oraz "ogłoszenie" wypożyczenia Raphinhi do Atletico w zamian za wypożyczenie Toma Forda i Toma Smitha bez opcji wykupu. Los Colchoneros dorzucili jeszcze jeden żart, dementując, jakoby zaoferowali dyrektorowi sportowemu Barcelony miejsce w swoim dziale skautingu.
Jednak poczucie humoru zniknęło już po kilku minutach, gdy Atletico przeszło do zdecydowanego i ostrego ataku, w którym oskarżyło Barcelonę o destabilizację, wycieki informacji, brak szacunku i przypomniało także o aferze Negreiry, w której Blaugranas są podejrzewani o wypłacanie milionów euro byłemu wiceprezesowi komisji sędziowskiej podczas jego urzędowania.
"W ostatnich miesiącach byliśmy narażeni na nieustanną kampanię dyskredytującą jednego z naszych zawodników" - napisano w poście w mediach społecznościowych.
"Celowe przecieki, fałszywe informacje, ciągły brak szacunku, barcelońska wersja propagandowej machiny wymyślającej historie, telefony przed bezpośrednimi meczami... Ale nawet nie przyszłoby nam do głowy mieć wiceprezesa sędziów na liście płac albo polegać na politycznych układach przy rejestracji zawodników. SZACUNEK i WARTOŚCI" - podkreślono dalej.
