Pogoń Szczecin – Lech Poznań (0:2)
Piłkarze gości wiedzieli, że Górnik zrównał się z nimi punktami, dlatego od samego początku nie brakowało im motywacji. Podopieczni Nilsa Frederiksena po krótkim okresie ostrożnej gry przejęli inicjatywę i rozpoczęli kruszenie defensywy gospodarzy. Najaktywniejszą postacią tej części spotkania był Mikael Ishak. Szwedzki napastnik trzykrotnie próbował pokonać Valentina Cojocaru, jednak bramkarz “Portowców” wygrał wszystkie te pojedynki, popisując się refleksem.
Zawodnicy Lecha nie ustawali jednak w swoich atakach i wkrótce z udziałem szczęścia objęli prowadzenie. Po długim oblężeniu bramki piłka spadła przed pole karne pod nogi Antoniego Kozubala - pomocnik zdecydował się na strzał, futbolówka odbiła się od interweniującego Jana Biegańskiego i przelobowała rumuńskiego golkipera.
Podopieczni Thomasa Thomasberga mogli odpowiedzieć błyskawicznie, ale Michał Gurgul biodrem zdołał wybić uderzenie Natana Ławy, ratując drużynę przed stratą gola.
Po zmianie stron Cojocaru znów zatrzymał strzał Ishaka, ale mógł tylko obserwować, jak Patrik Walemark szykuje się do dobitki. Szwedzki napastnik z sześciu metrów uderzył jednak nad bramką, mocno irytując tym "pudłem" szkoleniowca gości. Wkrótce nie pomylił się za to Luis Palma, którzy wykorzystał dokładnie podanie Ali Gholizadeha i podwyższył prowadzenie zespołu.
Gospodarze nie zamierzali się poddawać, a dziesięć minut przed końcem Paul Mukairu strzelił gola kontaktowego. W końcówce kontuzji nabawił się Plamen Andreev, który zastępował kontuzjowanego Bartosza Mrozka, ale po interwencji medyków, mimo wyraźnego utykania, wrócił do gry. Bułgarski golkiper wyraźnie cierpiał, w doliczonym czasie gry obronił jeszcze uderzenie głową Mora Ndiaye, po znów potrzebował pomocy. Szkoleniowiec "Kolejorza" wykorzystał już jednak wszystkie zmiany i motywował zawodnika, by wytrzymał starcie do końca. Ostatecznie Lech ze sporym trudem zdołał odeprzeć napór Pogoni i zainkasował trzy punkty, dzięki czemu przerwał serię dwóch remisów i jest samodzielnym liderem tabeli.

Górnik Zabrze – Korona Kielce (1:0)
Zabrzanie nie przegrali wcześniej pięciu kolejnych ligowych spotkań, awansowlai do finału Pucharu Polski, co zapewne – w połączeniu z piękną pogodą – pozytywnie wpłynęło na sprzedaż biletów. - Będzie energetycznie - zapewniał kibiców spiker. I było, choć padła tylko jedna bramka.
Gospodarze w pierwszych minutach sprawiali wrażenie, jakby bardzo szybko chcieli objąć prowadzenie. Przycisnęli rywali, ale skończyło się na uderzeniu Maksyma Chłania niemal z linii końcowej, po którym interweniował Xavier Dziekoński i niecelnym strzale Sondre Lisetha.
Kielczanie przetrwali ten szturm i byli blisko objęcia prowadzenia. Po zagraniu Slobodana Rubezicia piłka otarła się o słupek bramki rywali, a wychodzący na czystą pozycję w polu karnym Stjepan Davidović został w ostatniej chwili zablokowany wślizgiem przez Rafała Janickiego. Pierwszą część zamknął solową akcją pomocnik Górnika Lukas Ambros. Jego płaski strzał obronił Dziekoński.
W drugiej połowie gospodarze atakowali, zamknęli przyjezdnych w okolicach ich pola karnego, jednak długo nie potrafili oddać groźnego strzału. Kilka prób zawodników trenera Michala Gasparika było niecelnych, a z uderzeniem Josemy z daleka poradził sobie golkiper Korony.
W 71. minucie po dośrodkowaniu Ondreja Zmrzlego z rzutu rożnego najwyżej przed bramką Kielczan wyskoczył obrońca Górnika Rafał Janicki i głową pokonał Dziekońskiego.

Goście po stracie gola rzucili się do natarcia, ale tylko strzał Konrada Matuszewskiego zmusił do wysiłku bramkarza Zabrzan.
Górnik wygrał, a jego kibice po końcowym gwizdku sędziego głośno zapowiadali, że Puchar Polski znów trafi do tego klubu.
Radomiak Radom – Widzew Łódź (2:1)
Mecz w Radomiu miał ogromne znacznie w walce o utrzymanie. Przed startem spotkania goście znajdowali się w strefie spadkowej, a gospodarze tuż "nad kreską" z punktem przewagi, dlatego wynik tego meczu mógł przybliżyć zwycięzcę do pozostania w najwyższej klasie rozgrywkowej.
Obie drużyny się starały, ale okazji do strzelenia gola w pierwszej części było mało. Na początku lepiej wyglądali goście, ale później inicjatywę przejmowali gospodarze. Po stronie Widzewa najlepszą okazję miał Sebastian Bergier, ale później u gospodarzy dobrą szansę zmarnował Tapsoba.
W 38. minucie do siatki trafił Vasco Lopes, jednak gracz z Wysp Zielonego Przylądka był na pozycji spalonej. W końcówce pierwszej części Radomiak dominował, szukał gola, był tego blisko, ale najpierw Jan Grzesik nie znalazł dobrej pozycji do strzału, chwilę później powinno być 1:0, jednak Tapsoba tym razem źle uderzył głową. Do przerwy był bezbramkowy remis.
Kapitalną okazję w 54. minucie miał Radomiak, a konkretnie Jan Grzesik, który z trzech metrów uderzył mocno w światło bramki, ale świetnie interweniował Bartłomiej Drągowski. Niespodziewanie to Widzew wyszedł na prowadzenie w 59. minucie meczu. Goście rozegrali bardzo ciekawą akcję, która zakończyła się podaniem Shehu do Bergiera, przeciął je Donis, ale wpakował piłkę do swojej bramki.
Gospodarze długo nie potrafili oddać strzału, ale po 80 minucie ruszyli do ataku, w końcu podeszli bliżej bramki, ale na drodze strzału stanął Kapuadi. Chwilę później jednak rezerwowy Roberto Alves doprowadził do wyrównania! Radomiak wrzucił piłkę z autu w pole karne, została ona wybita, jednak spadła pod nogę Szwajcara, a ten mocnym uderzeniem umieścił ją w siatce. Za moment doszło do awantury, kiedy Mariusz Fornalczyk leżał przy linii bocznej, a pomocy udzielał mu Mateusz Żyro, to wpadł w nich Zie Ouattara. Ostatecznie on i Żyro zostali ukarani kartkami.
W doliczonym czasie Radomiak strzelił gola na zwycięstwo! Gospodarze mieli rzut wolny sprzed linii pola karnego, został on rozegrany źle, ale piłka trafiła na prawą stronę, odbiła się od poprzeczki i z najbliższej odległości do siatki skierował ją Luquinhas, dla którego był to pierwszy gol w lidze dla ekipy z Radomia, jednak jakże ważny!
Podopieczni Bruno Baltazara wykonali ogromny krok w stronę utrzymania, a Widzew po tej kolejce na pewno będzie znajdował się w strefie spadkowej na 17. miejscu.
