W rozmowie z Flashscore po swoim panelu na Portugal Football Summit Moore podsumował dziedzictwo Kloppa, trudny drugi sezon Arne Slota, zmieniającą się sytuację właścicielską na Anfield oraz swoją nową przygodę w Wiśle Kraków.
W Liverpoolu nadzorowałeś niezwykle udany okres. Co sprawiło, że ta drużyna była tak wyjątkowa i dlaczego Jurgen Klopp był architektem tego sukcesu?
"To wszystko moja zasługa! To nie miało nic wspólnego z (Roberto) Firmino, (Mohamedem) Salahem i (Sadio) Mane. Nie, po prostu miałem szczęście być tam w tym czasie.
Dla mnie Jurgen rozumiał Liverpool. Co mam na myśli? Rozumiał kibiców. Wiedział, jaki styl gry chcą oglądać fani. Gdy przyszedł, mówił o gegenpressingu, futbolu na pełnych obrotach. Na mój pierwszy mecz poszedłem w 1959 roku i przez dekady kibice Liverpoolu mieli zawsze to samo podejście. Wygrywamy, przegrywamy, zazwyczaj wygrywamy częściej niż przegrywamy, ale trzeba walczyć i grać widowiskowo.

Wszystko zaczęło się od menedżera, który zmienił wszystko dla nas – Billa Shankly'ego, który powtarzał: podaj i biegnij, podaj i biegnij. Bez względu na to, kto grał przez te dekady, Liverpool zawsze miał ten styl na pełnych obrotach. To określenie pochodzi od Jurgena, ale czy to był Ian Rush, Kenny Dalglish, John Barnes, Robbie Fowler, Steven Gerrard, Luis Suarez czy Fernando Torres – zawsze była to gra na wysokiej intensywności, widowiskowa.
Jurgen był idealnym menedżerem i zbudował zespół, który potrafił tak grać. To był intensywny styl, a treningi potrzebne, by osiągnąć taki poziom intensywności, były wymagające, ale kibice to uwielbiali".
Liverpool zdobył mistrzostwo, wydał 400 milionów, a potem skończył sezon na piątym miejscu. Z twojego doświadczenia w zarządzie – co poszło nie tak?
"Teraz jestem już tylko kibicem. Nigdy nie poznałem Arne Slota, a poza Alissonem, Joe Gomezem i Virgilem (van Dijkiem) nie znam tej drużyny. Siedzę pięć tysięcy mil dalej jako kibic, rzucam rzeczami w telewizor w zależności od tego, co się dzieje
Bardzo trudno było wejść w buty Jurgena, ale Arne to zrobił. Grał stylem, który przypominał tamten, mając do dyspozycji tych piłkarzy, i zdobyliśmy mistrzostwo. Drugi rok, to co w Ameryce nazywamy 'sophomore slump', był trudniejszy. Niestety w Liverpoolu, gdy kibice tracą wiarę w menedżera, bardzo trudno jest ją odzyskać.

Bardziej kochamy naszych menedżerów niż piłkarzy. To oni są dla nas legendami. Jeśli oglądasz mecze w telewizji, zobaczysz, że na Kopie wiszą transparenty nie z piłkarzami, ale z Shanklym, (Bobem) Paisleyem, Gerardem Houllierem, Rafą Benitezem, (Kenny'm) Dalglishem i Jurgenem. Nasi menedżerowie znaczą dla nas więcej niż piłkarze. Niestety, to był trudny sezon".
Pracowałeś z FSG. Teraz Amazon wchodzi do klubu i przejmuje jego część. Chodzi o rozwój komercyjny, wyjście FSG czy coś pomiędzy?
"Gdy podmiot wchodzi do klubu przy wycenie, jaką podobno uzyskano za 38 procent udziałów, pojawia się pytanie, jak będzie wyglądała struktura właścicielska. Nie kupuje się takiego pakietu za miliardy dolarów bez planu na pełne przejęcie.
Wątek Amazona jest trochę przesadzony, bo Jeff Bezos ma setki inwestycji wartych miliony dolarów. Nigdy nie powiedział ani słowa o Liverpoolu. Zakładam, że wie, iż jest inwestorem. Tak naprawdę chodzi o Amita Bhatię, który – jak pewnie wiesz – jest zięciem Mittala, a to tam są prawdziwe pieniądze. Trzeba mu oddać, że Amit jest w Queens Park Rangers już od 16 lat. To człowiek futbolu, kocha piłkę.
Wielu moich znajomych spotkało się z nim w ostatnich tygodniach i to naprawdę człowiek futbolu. To osoba, na którą trzeba zwracać szczególną uwagę jako potencjalnego przyszłego właściciela – zawsze mówię to w cudzysłowie – Liverpool Football Club".
Model wieloklubowy stał się zjawiskiem. BlueCo i City Football Group już to robią, a FSG podobno przeprowadziło due diligence w Getafe i kilku francuskich klubach, zanim się wycofało. Dlaczego twoim zdaniem się wycofali i czy ten model jest dobry czy zły?
"Teoria modelu wieloklubowego opiera się na synergii posiadania klubów na całym świecie. Możesz przesuwać piłkarzy, wypożyczać ich, dawać im doświadczenie w różnych ligach. Możesz osiągać efektywność operacyjną, wdrażać najlepsze praktyki, przenosić menedżerów z jednego klubu do drugiego, by zdobywali międzynarodowe doświadczenie.
W teorii brzmi to świetnie. Nie jestem jednak pewien, czy działa to na tyle dobrze, by uzasadnić takie wydatki, zwłaszcza w przypadku City Football Group, które ma kluby na całym świecie – choć pewnie w ich oczach to się sprawdza.
FSG ściągnęło z powrotem Michaela Edwardsa jako CEO ds. piłkarskich, bo planowali przejąć klub. Tego właśnie chciał, ale nie wyszło, dlatego teraz Michael odchodzi, a Richard Hughes, dyrektor sportowy, przenosi się do Arabii Saudyjskiej.

FSG to bardzo, bardzo doświadczeni inwestorzy i jeśli nie widzieli korzyści z kupna kolejnego klubu piłkarskiego i synergii z Liverpoolem, to uznali, że nie warto poświęcać na to czasu".
Doskonale znasz kulturę piłkarską Europy i USA. Jak oceniasz mundial i jak wpłynie on na rozwój piłki w Stanach?
"Przyjechałem do USA z Wielkiej Brytanii w latach 70. i trenowałem dzieci w Ohio. Zawsze żartuję, że wtedy piłka była postrzegana jako sport komunistyczny. To była gra imigrantów, a tam, gdzie mieszkałem w Ohio, dominowali wschodni Europejczycy, Serbowie i Jugosłowianie. W środkowych stanach są miasta z korzeniami w krajach europejskich, bo przez ostatnie 200 lat napływała tam emigracja.
Później zostałem sprzedawcą butów piłkarskich w firmie Patrick, jeździłem po południowej Kalifornii i wszystkie małe sklepy piłkarskie prowadzili imigranci pierwszego pokolenia: Anglicy, Francuzi, Hiszpanie, Niemcy, Włosi, Holendrzy. Znali się na piłce i widzieli, jak rośnie popularność futbolu młodzieżowego, ale nie było ligi zawodowej i nie było gdzie grać. Traciliśmy tych chłopaków w liceum na rzecz futbolu amerykańskiego, koszykówki czy baseballu, bo tam była ścieżka do zawodowstwa.
Potem dostaliśmy mundial w 1994 roku. Wtedy pracowałem w Reeboku w Bostonie i byliśmy mocno zaangażowani. USA musiały wtedy zapewnić Seppowi Blatterowi i FIFA, że powstanie liga zawodowa – tak narodziła się MLS. Teraz, jeśli chodzi o oglądalność i udział w grze, piłka jest większa niż hokej i rywalizuje z baseballem. Jest już zakorzeniona w amerykańskiej kulturze, może nie na poziomie NFL czy NBA, ale bardzo blisko.
Ten pięciolatek, którego trenowałem w Ohio w latach 70., dziś ma 45, czasem 55 lat i wnuki. On grał, jego dzieci grały, to rodzina piłkarska. Możesz podziękować NBC za transmisje Premier League, które są w USA znakomite. Możesz podziękować 'Welcome to Wrexham' i 'Ted Lasso' za to, że piłka stała się rozrywką. I możesz podziękować platformom streamingowym: Paramount Plus, Peacock i ESPN Plus.
Nie ma ligi na świecie, której nie mogę obejrzeć. Jestem współwłaścicielem Wisły Kraków i oglądam wszystkie nasze mecze na żywo na Ekstraklasa.tv w Stanach. Niewiele jest profesjonalnych meczów, których nie da się obejrzeć na żywo w USA".
Co sprawiło, że trafiłeś do Wisły Kraków? To uznany klub, który miał przez ostatnie lata swoje problemy, a teraz wrócił do Ekstraklasy
"Zaangażowałem się przez gry wideo. Pomagałem deweloperowi gier w Krakowie i pewnej majowej nocy w zeszłym roku powiedział: "Chciałbym, żebyś poznał Jarosława Królewskiego". To trzydziestokilkuletni właściciel Wisły Kraków, przedsiębiorca z branży AI, genialny facet i kibic od zawsze. Jak słusznie zauważyłeś, klub spadł cztery lata temu, a on przywrócił go do Ekstraklasy.
Spędziłem wieczór, chodząc po stadionie i pokazując różne rzeczy: to robiliśmy w Liverpoolu, a o tym myśleliście? Potem powiedział, że chce, żebym został doradcą, a ja mam udziały w klubie. Kochamy to.

Byliśmy tam w zeszły piątek wieczorem i było szaleństwo. Prowadziliśmy 1:0, na stadionie nie było kibiców gości, bo zdecydowali się nie przyjeżdżać. Rywale wyrównali, na stadionie zapadła cisza, a potem w ostatniej akcji meczu po rzucie wolnym strzeliliśmy głową i stadion eksplodował. Wygraliśmy 2:1, sędzia zagwizdał po raz ostatni i wszyscy oszaleli.
Futbol w Europie Wschodniej przypomina mi piłkę z lat 70. i 80. Jest dużo pirotechniki, dużo opraw, dużo fajerwerków – czasem czuję się przez to trochę nieswojo, ale to jest piękne. To futbol w najczystszej postaci i uwielbiam to".
Kultura kibicowska w Polsce jest chyba bezkonkurencyjna...
"Niesamowita. Teraz jest bardziej kontrolowana, bardziej rodzinna. Ci, którzy 20 lat temu byli bardziej szaleni, dziś są już starsi. Jarosław mówi: "Moi ultrasi to lekarze, prawnicy, dentyści... To ich dzień wolny".
Kultura kibicowska jest niesamowita i nie ma żadnych poważnych problemów. Dzieci przychodzą na mecze, a my tworzymy rodzinne środowisko na stadionie i wokół niego. To jest super. Naprawdę".
