Kalendarz WTA nie miał litości dla Magdaleny Fręch (45. WTA), drugi raz w ciągu kilku dni łącząc ją z Jessicą Pegulą (3. WTA). Amerykanka na twardych kortach była właściwie pewniaczką, wygrawszy wszystkie trzy poprzednie mecze z Łodzianką.
Sprawdź szczegóły pojedynku Pegula – Fręch w Toronto
Słaby start Amerykanki czy po prostu lepsza Polka?
Fręch zamknęła swojego gema spokojnie i to samo miała zrobić rywalka, gdy na tablicy miała 40:0. Tyle że rozprężona faworytka momentalnie roztrwoniła przewagę, dopuszczając do break pointa nieudanym dropszotem. Gdy przegrała kolejną wymianę, Polka miała 2:0, a po konsekwentnie budowanych punktach w trzecim gemie – 3:0.
Pegulę zawodziło szczególnie drugie podanie, popełniała zbyt wiele niewymuszonych błędów i wyraźnie nie miała sposobu na Magdalenę, która wyglądała bardzo świeżo, umiejętnie dobierając narzędzia, by dalej frustrować 32-latkę. Prawie koncertowa gra skończyła się w czwartym gemie, gdy smecz Polki miał dać jej break pointy na 4:0. Przestrzeliła tak potężnie, że aż złapała się za twarz.
Droga do powrotu Peguli została otwarta, a trzecia rakieta świata weszła z drzwiami. Świetnie też zagrała pierwsze punkty na 30:0 przy podaniu Polki. Ta doszła do piłki na wagę gema, jednak nieudany skrót pozwolił odrobić straty Jessice. Tyle że wciąż była nierówna, podwójnym błędem dała break pointa, a piękny return Polki dał jej 4:2. Na sucho odjechała na 5:2 i choć Amerykanka jeszcze raz się obroniła, to w mniej niż 40 minut było 6:3 na tablicy, gdy Fręch asem zamknęła seta.
Pegula wróciła dokładnie jak w Waszyngtonie
Kto zna powroty Jessiki Peguli w takich sytuacjach, ten nie mógł być zdziwiony gwałtowną poprawą jej gry w drugiej odsłonie meczu. Po swoim gemie mocny return dał jej dwa break pointy na 2:0 i już przy pierwszym objęła prowadzenie. Była już zupełnie inną zawodniczką, bardzo ofensywną i tym razem skuteczną, mimo gry na wysokim ryzyku.
Bawiła widownię winnerami, jednak Polka też wywalczyła break pointa w trzecim gemie i opłaciło się: błąd podwójny pozwolił udaremnić potwierdzenie. Niestety, nieco nerwowa przy swoim podaniu Fręch wciąż nie mogła się obronić, a wiatr ułatwił jej błąd na wagę przełamania (1:3). W piątym gemie to Fręch zachwyciła publiczność, gdy tyłem do siatki ramą posłała woleja tuż za siatkę, broniąc się do samego końca.
Ostatecznie Pegula wyszła na 4:1, ale Polkę w grze utrzymywała nie tylko walka do końca w obronie – również serwis, na którym mogła polegać. Slajsami wywalczyła break pointa w siódmym gemie, po nim przyszły dwa kolejne, ale tym razem – po raz pierwszy w meczu – Pegula wyszła z takiej sytuacji, broniąc się na 5:2. Nie znalazła przełamania w ósmym gemie, ale spokojnie zamknęła seta asem.
Wynik niewiele lepszy niż w zeszłym tygodniu
Ponieważ mecz boleśnie zaczął przypominać ten z Waszyngtonu, liczyliśmy na złamanie tej tendencji w decydującej partii. Niestety, zaczęło się od przełamania na sucho i sporych błędów Polki. Choć pozostała nieustępliwa i walczyła o każdą piłkę, nie zbliżyła się do przełamania w gemie na 2:0.
Gdy Amerykanka była o włos od 3:0, świetna piłka w narożnik pomogła Łodziance się obronić. Prosty błąd Polki otworzył jednak furtkę raz jeszcze i świetnie zbudowanym punktem Amerykanka doszła do przełamania na 3:0. Czwartego gema wzięła już komfortowo i dopiero w piątym Polka zapisała się na tablicy.
Nie było więc dokładnej powtórki wyniku z Waszyngtonu, jednak koniec meczu zbliżał się nieubłaganie, gdy Pegula wyszła na 5:1. Łodzianka obroniła się bez problemu na 2:5 i to jej się co najmniej należało – grała zdecydowanie lepiej niż w Waszyngtonie! Niestety, wynik okazał się lepszy tylko o te dwa gemy, bowiem Pegula smeczem zamknęła spotkanie.

