Przejdź do głównej treści

"Viking row" i duchy północy: jak piłka nożna odkrywa (i na nowo wymyśla) wikingów

Haaland wybija rytm na bębnie dla "Viking Row" po meczu Norwegia-Brazylia
Haaland wybija rytm na bębnie dla "Viking Row" po meczu Norwegia-BrazyliaReuters/Vincent Carchietta

Skąd wziął się viking row? Czy to zjawisko ma historyczne korzenie, czy to tylko efekt marketingu? Dlaczego Norwegowie budują swój wizerunek jako wikingów, a Szwedzi i Duńczycy tego nie robią? Oto cała historia i powód, dla którego polityka powinna być wdzięczna Haalandowi i spółce.

Nie tylko gole Haalanda i siła Norwegii sprawia, że drżą przed nimi inne reprezentacje na mundialu. Zaskakująca drużyna Solbakkena to coś więcej: stała się fenomenem, wiralem, wśród hełmów z rogami i tego rytuału – prostego, rytmicznego, niemal hipnotycznego – rytmu wybijanego na bębnie po zwycięstwach: „RO!”, „wiosłować!”.

Wykrzykiwany przez tysiące gardeł i odgrywany przez tysiące ciał – piłkarzy i kibiców – którzy naśladują wiosłowanie wikingów. To rytuał, który daje siłę niczym runa przywołana przez Odyna i świetnie współgra z czcionkami użytymi do napisów na koszulkach Norwegów, zaprojektowanych przez Nike i inspirowanych runicznym alfabetem starszego Futharku.

Koszulka Haalanda
Koszulka HaalandaBals/MTB-Photo / Shutterstock Editorial / Profimedia

To nawiązanie do mitycznego uniwersum „nakręca” miłośników nordyckich sag, takich jak serial Vikingowie na Netfliksie, ale nie tylko: budzi ciekawość, pasję i przyciąga nowych fanów. Ikonografia i literatura, przez długi czas zawłaszczone przez skrajną prawicę – jak za czasów nazizmu i w nowych ruchach do niego nawiązujących – zostały odczarowane przez Haalanda i spółkę, wbrew obawom innych, bardziej ostrożnych Skandynawów, którzy traktują tę historię i dawne czyny niemal jak powód do wstydu.

Mityczne statki

Aby zrozumieć, co naprawdę naśladują norwescy kibice i piłkarze, trzeba zacząć od statków. Drakkary i knarry wikingów, czyli odpowiednio okręty wojenne/eksploracyjne i handlowe. To były prawdziwe arcydzieła ówczesnej inżynierii morskiej: kadłuby z kilami zbudowane z zachodzących na siebie desek w technice „clinker”, lekkie, elastyczne, zdolne do żeglugi zarówno po otwartym morzu, jak i na płytkich wodach czy wąskich rzekach.

Takie właśnie były statki z Gokstad i Oseberg w Norwegii, pochodzące z IX wieku i dziś przechowywane w Muzeum Statków Wikingów w Oslo. Statek z Gokstad miał 32 wiosła, po 16 z każdej strony, wsuwane w owalne otwory (zamykane drewnianymi korkami, gdy nie były używane, by ograniczyć napływ wody).

Wiosła wykorzystywano w porcie, podczas manewrów w bitwie lub gdy zawodził wiatr. Na otwartym morzu korzystano z kwadratowego żagla. Saga o Egillu i Saga o Ynglingach opisują wyprawy na wiosłach wzdłuż wybrzeży i rzek Rusi, słynnym szlakiem Waregów. To właśnie te wiosła dały początek „viking row”.

Współczesne źródła mitu i fenomen marketingowy

„Viking Row”, którą dziś widzimy na trybunach AT&T Stadium czy na ulicach Times Square, nie ma jednak korzeni w dawnych rytuałach. Została wymyślona przez norweskiego kibica, Ole Frøystada, który zaproponował ją grupie kibiców Oljeberget (oficjalny klub kibica norweskiej reprezentacji mężczyzn) w marcu 2026 roku, jeszcze przed rozpoczęciem turnieju.

Jak sam opowiadał, szukał „krótkiego, łatwego do zapamiętania okrzyku, który miałby znaczenie kulturowe i mocny wydźwięk”. Najpierw gest rozprzestrzenił się na trybunach, a potem trafił na boisko. Po zwycięstwie z Senegalem także piłkarze zaczęli wiosłować razem z kibicami, Martin Ødegaard wybijał rytm na bębnie, a Haaland „wiosłował” w pierwszym rzędzie.

Od tego momentu wiral rozprzestrzenił się błyskawicznie: od nagrania norweskich kibiców „wiosłujących” na ruchomych schodach w Bostonie, które obejrzały miliony osób, przez choreografię w nowojorskim metrze, na Times Square, aż po norweski parlament. Po historycznym zwycięstwie nad Brazylią, które dało Norwegii awans do ćwierćfinału, to sam Haaland chwycił za bęben, by poprowadzić drużynę.

Można powiedzieć, że „viking row” na mundialu połączyła dwie niedawne tradycje piłkarskie Północy: islandzki „Vikings Thunder Clap” z Euro 2016, czyli dwa uderzenia w bęben i klaśnięcie, oraz norweski doping kibiców Rosenborga, używany w lidze i Lidze Europy w 2016 roku: „Shalala oh Rosenborg”. Głębokie, rytmiczne „Ro-Sen-Borg”, które rozbrzmiewało na całym stadionie, zainspirowało Ole Frøystada do tego, by pierwszą sylabę „ro” zamienić w ruch wiosłowania, naśladujący okręt wikingów.

Historyczna nieścisłość i odwieczna rywalizacja Skandynawów

Poza współczesnym marketingiem, niektórzy szwedzcy historycy krytykowali to nawiązanie, wskazując, że to głównie wikingowie ze wschodu, czyli z dzisiejszej Szwecji, słynęli z żeglugi rzecznymi i przybrzeżnymi szlakami na wiosłach. To oni płynęli długimi łodziami w górę rzek do Bizancjum, podczas gdy wikingowie z zachodu, czyli Norwegowie, byli wielkimi żeglarzami oceanicznymi, którzy dotarli na Islandię, Grenlandię, a nawet wybrzeża Ameryki Północnej, korzystając głównie z żagli na otwartym morzu.

Ta precyzja wynika z lekkiej zazdrości, bo między Norwegią, Szwecją i Danią – jak za czasów wikingowskich wiosek – panuje pewna rywalizacja, mająca także historyczne podłoże. Za czasów Duńczyka Ragnara Lothbroka z serialu Vikingowie (postać bardziej legendarna niż historyczna), jego syna Björna Ragnarssona (Szweda) czy Norwega Haralda Pięknowłosego, państwa Danii, Szwecji i Norwegii jeszcze nie istniały, a tożsamość narodową zastępowała przynależność do klanu. W czasach nowożytnych Norwegia przez cztery wieki, od 1380 do 1814 roku, była pod panowaniem Danii, a potem Szwecji aż do 1905 roku, czyli do uzyskania niepodległości. Szwecja i Dania natomiast nieustannie walczyły o kontrolę nad Bałtykiem i cieśniną Sund od XVI do XVIII wieku.

Dziś ta rywalizacja osłabła i przerodziła się raczej w zazdrość – o bogactwo sąsiada lub, jak w tym przypadku, o sukcesy sportowe. Oprócz Norwegii jako reprezentacji piłkarskiej na mundialu, nie zapominajmy o medalach zdobywanych na zimowych igrzyskach olimpijskich. To drobne elementy, które budzą frustrację u dawnych rywali.

Dlaczego Norwegia inwestuje w mit wikingów, a Szwecja i Dania nie

To, że Norwegia z muzeum statków wikingów w Oslo jako główną atrakcją promuje się jako „ziemia wikingów” w odróżnieniu od Danii i Szwecji, wynika także z faktu. Po długiej dominacji innych państw ten okres jest symbolicznie jedynym, w którym Norwegia była podmiotem, a nie czyjąś kolonią. Ale skoro Norwegia żyje mitem, dlaczego Szwecja i Dania chcą go niemal zapomnieć?

Kiedy odwiedziłem Gotlandię, dosłownie „ziemię Gotów”, pełną kamiennych łodzi grobowych wikingów porzuconych wśród zarośli, uderzył mnie nie tylko brak marketingu, ale i troski czy pamięci o tamtym okresie. W skansenie, gdzie odtwarzano wszystkie szwedzkie wioski od starożytności po XIX wiek, brakowało właśnie tej wikingowskiej. Zapytałem więc Szwedów, dlaczego tak jest.

Chodzi o to, że poza faktem, iż runy, młot Thora i inne symbole wikingów zostały „przejęte” przez skrajną prawicę i etnonacjonalistów w całej Skandynawii, co utrudnia ich wykorzystanie ze względu na możliwe nieporozumienia, jest też kwestia polityczna. Współczesna Szwecja postawiła bowiem na budowanie swojej „duszy” wokół dobrobytu, postępu, designu i neutralności – wartości, które kłócą się z wojowniczą epiką.

W Danii natomiast podejście jest bardziej zniuansowane. W Roskilde oryginalne statki wikingów są wyeksponowane jako atrakcja muzealna, którą Duńczycy wykorzystują w turystyce i kulturze. Ale i tu tożsamość narodowa jest bardziej związana z monarchią, designem i tym poczuciem wygody i dobrobytu, które Duńczycy nazywają „hygge”, bardzo odległym od wikingowskiej siekiery i codzienności pełnej bitew i rozłupywanych czaszek.

Zobaczymy, jak zastanawiają się już obserwatorzy popkultury, czy „viking row” przetrwa po turnieju, czy może będzie tylko chwilowym zjawiskiem, jak stadionowe przyśpiewki "Seven Nation Army" White Stripes dla mistrzowskiej Italii czy "Wonderwall" Oasis dla Anglików, "przejęte" zresztą przez Manchester City.

Na razie jednak to zjawisko pozwoliło odczarować mit wikingów, dotąd skrywany z obawą, oddając „co cesarskie cesarzowi”, poza wszelką manipulacją i politycznym zawłaszczeniem. Można więc powiedzieć, że niezależnie od marketingu i kolorytu, robią coś dobrego.

Marco Romandini - redaktor naczelny Diretta News
Marco Romandini - redaktor naczelny Diretta NewsFlashscore

Piłka nożna

Wil jij jouw toestemming voor het tonen van reclames voor weddenschappen intrekken?
Ja, verander instellingen