The Gunners szczerzą kły. Daleki od wizerunku, który dawno przylgnął do londyńskiej drużyny, zespół Mikela Artety ujawnił w tym sezonie aspekt swojej gry, który pozostawał na uboczu od czasu objęcia sterów przez Hiszpana.
Podczas gdy Arsenal przez kilka sezonów był uznawany za wyrafinowaną wersję pozycyjnego futbolu - postrzegany jako jeden z najwierniejszych uczniów Guardioli - klub stopniowo ewoluował w kierunku znacznie bardziej pragmatycznego stylu gry.
Najpierw poprzez metodyczne wykorzystywanie stałych fragmentów, które stały się główną bronią w ich projekcie. Następnie, stopniowo, poprzez rozwijanie "brudnego" stylu piłki nożnej, który wywołał negatywne reakcje w Anglii, gdzie niektóre media otwarcie mówią o drużynie grającej na krawędzi przepisów.
Dziś Arsenal jest jedną z najlepszych defensywnych drużyn w Europie - tracąc bardzo niewiele bramek - i stał się bezwzględnie skuteczny we fragmentach. Z biegiem miesięcy stały się prawdziwym znakiem rozpoznawczym londyńskiego klubu.
Ale sprowadzenie tego do fragmentów byłoby niedocenianiem piłki nożnej. Bo ten sport pozwala pobawić się zasadami i Arsenal o tym wie, przesuwa je czasem do granic możliwości.
Zarządzanie czasem, szukanie fauli w kluczowych obszarach, taktyczne interwencje w celu przerwania przejść przeciwnika... Olśniewający projekt z wczesnych lat Artety, "Baby Gunners" zakochani w pięknym futbolu, zmienił się w coś bardziej pragmatycznego, bardziej wykalkulowanego. Witamy w erze "złych strzelców".
Sztuka spowalniania futbolu w erze przyspieszenia
Jeśli jest coś, co Arsenal przekształcił w tym sezonie w dyscyplinę, to jest to: marnowanie czasu w razie potrzeby. Strategia, która nie jest anegdotyczna, pozwoliła im zdobyć pierwszy tytuł Premier League od 22 lat. Znany od kilku sezonów ze swoich umiejętności technicznych i taktycznych, Arteta dokonał wyboru, aby połączyć grę pozycyjną z pragmatyzmem - dosłownie igrając z zasadami pięknej gry.
Po zatrzymaniu gry, The Gunners nie spieszą się z jej wznowieniem. Piłka jest odsuwana, a wrzutki celowo opóźniane. Te gesty mogą wydawać się trywialne, ale właśnie w tym tkwi ich siła. Zajmując 30. miejsce pod względem efektywnego czasu gry w Lidze Mistrzów, londyński klub dokładnie wie, po jakim gruncie stąpa - i w pełni to wykorzystuje.
Tam, gdzie nowoczesna piłka nożna dąży do przyspieszenia, presji i łączenia sekwencji o wysokiej intensywności, Arsenal wybiera spowolnienie. I czerpie z tego korzyści.
Paradoks jest jasny: dominująca drużyna wybiera mniej gry jako rozwiązanie. Ale za tą sprzeczną z intuicją logiką kryje się prosta prawda - kontrolowanie tempa oznacza narzucanie własnego. Nie można być zmuszonym do podążania za kimś innym.
Kiedy Diego Simeone - sam będący mistrzem mrocznych sztuk - znalazł się w obliczu takiej gry na Emirates, mierząc się z drużyną, która uczyniła wybijanie z rytmu jedną ze swoich głównych zasad, Cholo stracił zimną krew. Piłkarze Atletico kompletnie tracili pewność, nie rozumiejąc, co się z nimi dzieje. Koke, doświadczony profesjonalista w sztuce spowalniania gry, został pokonany we własnej dyscyplinie.
34 gole: Liczba, która potwierdza wagę systemu
Ale po końcowym gwizdku Cholo szybko zdecydował się to zaakceptować, zamiast się dąsać. Przyznając, że strategie gry na czas są integralną częścią piłki nożnej, złożył szczery hołd swojemu przeciwnikowi: "To część piłki nożnej. Wszyscy wiemy, że w tych ostatnich minutach chcesz, aby czas szybko mijał. Praca Artety jest niesamowita, a oni mają zasoby, aby osiągnąć to, co sobie założyli. Jestem szczęśliwy z ich powodu - zasłużyli na to, pracowali bardzo dobrze".
W marcu ubiegłego roku, tuż po meczu Arsenalu z Brighton, The Athletic ujawnił uderzającą statystykę: The Gunners spędzili 30 minut i 51 sekund na ponownym wprowadzaniu piłki do gry. Cała wieczność... i wygrana 1:0.
Szczegóły są wymowne: Declan Rice czekał aż 62 sekundy przed wykonaniem rzutu wolnego, a 69 przy kolejnym. Cristhian Mosquera potrzebował 44 sekund między wyprowadzeniem piłki od bramki a oddaniem strzału na bramkę. Jeśli chodzi o pierwszy rzut rożny Arsenalu, to miał on miejsce dopiero w 63. minucie i trwał ponad minutę, potwierdzając średnią 44,5 sekundy na rzut rożny odnotowaną przez Opta, najwyższą w Premier League.
34 bramki zdobyte z rzutów rożnych w tym sezonie. Ta liczba przyprawia o zawrót głowy i stawia Arsenal na szczycie europejskiej hierarchii, z czym niewielu dziś dyskutuje. Ale to, co naprawdę odróżnia The Gunners od innych specjalistów od "setów", to nie tylko jakość ich zawodników czy precyzja ich przećwiczonych działań: to intencja stojąca za wynikiem. Arsenal nie tylko korzysta z fragmentów, on je świetnie prowokuje. Wręcz produkuje.
Szukanie kontaktu, wzmacnianie pojedynków, celowe przełamywanie tempa w odpowiednim momencie: wszystko jest przemyślane, skalibrowane i przećwiczone na treningach, aby wprowadzić mecz w obszar, w którym piłkarze Artety przodują.
To nie przypadek, że Arsenal jest jedną z drużyn spędzających najwięcej czasu na atakach ze stałych fragmentów w Lidze Mistrzów. Te sytuacje nie są szczęśliwym produktem ubocznym ich gry. One cennym narzędziem, do którego uzyskania klub metodycznie dąży.
Daniel Siebert: Prawdziwa zmienna w finale
Druga strona tego systemu, mniej spektakularna, ale równie wymowna, dotyczy zarządzania przejściami defensywnymi. Przeciwko czołowym europejskim drużynom, Arsenal jest jednym z tych, którzy popełniają najwięcej taktycznych fauli po stracie piłki.
Cel jest jasny: stłumić kontratak, zanim nabierze tempa. Złamać rytm, odebrać przeciwnikowi emocjonalny impet i pozwolić drużynie na reorganizację, zanim zagrożenie stanie się realne. Tak stajesz się uważany w całej Europie za najlepszą obronę w Lidze Mistrzów.
Faule są celowe, akceptowane, wkalkulowane. Chwilowa słabość zamienia się w taktyczną pauzę. Niewygodna myśl dla przeciwnika, ale doskonale zintegrowana z planem Arsenalu. Za każdym wygranym gwizdkiem w tym kontekście kryje się w rzeczywistości mały akt odzyskania kontroli nad meczem. Arteta dokładnie wie, o co gra jego drużyna. I to może być jego największa siła.

Ale w piłce nożnej, w której każdy kontakt można obliczyć, jedna zmienna wciąż może wymknąć się spod kontroli Artety: człowiek z gwizdkiem. Ponieważ gra zgodnie z zasadami oznacza również zaakceptowanie prostej rzeczywistości: sędzia decyduje, gdzie postawi granicę. I ta linia 30 maja w Budapeszcie będzie miała twarz niemieckiego sędziego Daniela Sieberta.
UEFA wyznaczyła 42-latka do sędziowania finału pomiędzy Arsenalem i PSG. Będzie to już jego trzecie spotkanie z The Gunners w tym sezonie Ligi Mistrzów. Sędziował pierwszy mecz ćwierćfinałowy ze Sportingiem, a także drugi mecz półfinałowy z Atletico, oba zakończone sukcesem Londyńczyków.
Jego sędziowanie przeciwko Atletico wywołało nawet ostrą krytykę ze strony niektórych madryckich mediów po kilku kontrowersyjnych decyzjach. Szczegół, który wcale nie jest drobny. Kiedy bowiem drużyna buduje część swojej tożsamości na opanowaniu "szarych stref" gry, interpretacja sędziego staje się niemalże elementem taktycznym samym w sobie.

