Jeśli widzieliście doniesienia o „efekcie Lewandowskiego” w Chicago Fire, to pewnie wiecie też, że zwycięska seria skończyła się na sześciu meczach. Od początku tego tygodnia wyniki już nie porywały, bo po remisie 1:1 z NY Red Bulls przyszła porażka 1:2 z Monterrey w Leagues Cup.
Sobotniego meczu z Seattle Sounders na Lumen Field też nie udało się wygrać, ale remis 2:2 trzeba docenić z paru powodów. Po pierwsze, Robert Lewandowski okazał się nieodzowny i uczestniczył przy obu trafieniach, pozwalając Fire odrabiać stratę bramki dwukrotnie, ilekroć Dejan Joveljić trafiał dla Sounders.
Polak zaczął od asysty w 38. minucie, gdy zastawił się tyłem do bramki w polu karnym, przyjął i zgrał piłkę w powietrzu. Wbiegający Maren Haile-Selassie ułożył sobie futbolówkę i zapakował ją w dłuższy róg bramki gospodarzy.
Gdy Sounders wyszli ponownie na prowadzenie tuż po zmianie stron, Lewandowski utrzymał zaufanie trenera i został na boisku, odwdzięczając się w 82. minucie. Tym razem zmieścił piłkę po strzale głową w wyjątkowo ciasnej przestrzeni, jaką miał w oknie bramki rywali.
Po spotkaniu zaczęły podnosić się głosy krytyki, że Polak spalił i gol nie powinien zostać uznany. Nie mieliśmy jasnej powtórki, ale sam strzał oddany w przelocie obok słupka pozostaje imponujący.
Mało tego, niewiele ponad minutę później Lewandowski uczestniczył w akcji, która mogła dać wygraną. Gdyby uderzył bardziej kąśliwie, mógłby zainkasować niebywały dublet w odstępie sekund.
I tu dochodzimy do drugiego powodu, dla którego warto docenić ten występ. Nie czepiając się metryki, zachowanie takiej jakości pod koniec meczu w wieku 38 lat to naprawdę wyczyn. Tym większy, że Lewandowski rozegrał cztery mecze w niecałe 10 dni, prawie 290 regulaminowych minut. Nie wspominam o tych doliczonych ani o tym, że przed spotkaniem w Seattle zespół przeleciał ponad 2700 km.

Transfery, newsy, wywiady: Włącz powiadomienia dla artykułów o Twoich ulubionych zawodnikach i drużynach.

