Aryna Sabalenka – Jelena Rybakina (sobota, 22:00)
Ostatnie lata przyzwyczaiły nas do luksusu interesowania się wielkim tenisem, gdy mamy tam swoje nazwiska. Było ich kilka, w tej edycji US Open wszystkie gwiazdy oznaczone polską flagą pożegnały się już z Nowym Jorkiem, a mimo to kobiecy finał ostatniego Wielkiego Szlema zapowiada się jako uczta nawet dla laika.
W sobotni wieczór zobaczymy dwie najsilniejsze rakiety singla w sytuacji, która w zasadzie się nie zdarza. Liderka straci tron na rzecz rywalki nawet w przypadku spektakularnego zwycięstwa. To sytuacja, jakiej Aryna Sabalenka uniknęła przez naprawdę długie 99 tygodni. Nie powiecie mi, że tę myśl można kompletnie usunąć z głowy, gdy walczyło się latami o wejście na tron i tak długo udawało się na nim utrzymać.
Dlatego – choć na papierze to wciąż Sabalenka jest zdecydowaną faworytką – nie zamierzam skreślać Rybakiny. Przeciwnie, zamierzam cieszyć się pojedynkiem, w którym nie będę szukał faworytki, a zamiast tego docenię dwie decydujące obecnie – chcemy czy nie – siły w kobiecym tenisie. I uśmiechnę się pod nosem, jeśli to Kazaszka w drodze na tron sama zdejmie koronę z głowy rywalki. Nie wbrew Sabalence, raczej doceniając impet rywalki.

Manchester United – Manchester City (niedziela, 17:30)
Już w czwartej kolejce Premier League przygotowała dla nas derby Manchesteru, które będą pierwszymi od 10 lat derbami Manchesteru bez Pepa Guardioli. Mimo to jednak to Obywatele, mimo że grają na wyjeździe, są faworytami.
Obrona Czerwonych Diabłów nie słynie w tym sezonie z wyjątkowej szczelności, bo w lidze w każdym ze spotkań ekipa z Old Trafford traciła po dwa gole. Oznaczało to więc, że by wygrać spotkanie, podopieczni Michaela Carricka musieli zdobyć minimum trzy gole.
Manchester City ma za to komplet zwycięstw po trzech kolejkach i bardzo prawdopodobne jest to, że w niedzielne popołudnie także trafi do siatki rywala. Mniej prawdopodobna jest za to kanonada strzelecka po stronie gospodarzy, ponieważ Gianluigi Donnarumma został w tej kampanii pokonany zaledwie dwa razy.
Legia Warszawa – Widzew Łódź (niedziela, 17:30)
Dlaczego wybieram akurat ten z meczów Ekstraklasy? Przecież w piątek Tomasz Kaczmarek wyciągnął Raków z odmętów (choć, nie oszukujmy się, Patryk Makuch miał też rolę pierwszoplanową), a w sobotę oglądamy dwa najsilniejsze dziś zespoły Ekstraklasy w starciu najcięższej możliwej wagi.
Może jestem już stary, ale Legia i Widzew to dekady historii kultowych pojedynków, a w połowie września smaczek tego meczu jest wyjątkowy. Po pierwsze, Legia Marka Papszuna była przez niektórych typowana na mistrza tuż po starcie sezonu, a w ostatnich sześciu meczach odniosła jedno przekonujące zwycięstwo i jedno niemożliwie szczęśliwe, gubiąc punkty i odpadając z Pucharu Polski tak szybko, jak szybko się dało.
Po drugie, Widzew jest chaosem. Trochę pięknym, trochę starszym. Miliony wpompowane, a dopiero co wypompowali kolejnego trenera po serii złych wyników, chyba nawet gorszych od gry. Wchodzi Mateusz Stolarski, który – choć wierzę w jego możliwości – znany jest tylko z prowadzenia jednego zespołu. Co zbuduje w Widzewie i czy fundamenty wyleje już przy Łazienkowskiej?
Dla samej przewrotności losu chciałbym to zobaczyć, dlatego typuję urwanie punktów Legii. I wiem, że RTS nie wygrał od 1997 w Warszawie, dlatego nie szalejmy – remis po pojedynku wartym marki obu zespołów wezmę w ciemno. Ot choćby dla podtrzymania zasady, że w Ekstraklasie nikt niczego pewny być nie może.

