Na trybunach mecz przyjaźni, ale na boisku w piątek mieliśmy oglądać ważny sprawdzian obu ekip. Czy machina Marka Papszuna faktycznie jest już dostatecznie naoliwiona? Czy Radomiak poprawił błędy po stracie sześciu goli w dwóch ostatnich meczach?
Sprawdź szczegóły meczu Legia Warszawa – Radomiak Radomiak

Faworyci rozpoczęli z dużym entuzjazmem, a presja nakładana na Radomian szybko zaczęła dawać efekty, gdy Łukasz Zjawiński zablokował wybicie Gradeckiego, jeszcze bez konsekwencji. Te przyszły jednak dwie minuty później: golkiper chciał wyprowadzić piłkę do Luquinhasa, ale Wszołek przeciął piłkę, dograł natychmiast do Michala Sevcika i ten zdołał uderzyć kąśliwie. Choć bramkarz mógł zachować się lepiej, to piłka szła też precyzyjnie pod słupek.
Nie minęły pełne trzy minuty, a miejscowi cieszyli się z drugiego gola, choć na raty. Pierwszą radość zmącił liniowy, który dostrzegł pozycję spaloną przy rzucie wolnym. Dostrzegł prawidłowo, tyle że Piątkowski nie brał udziału w zdobytym trafieniu i VAR pozwolił uznać dobicie Augustyniaka za prawidłowe.
Rozsypani goście nie byli gotowi na przyjmowanie kolejnych ciosów, co Legii nie powstrzymywało. W 17. minucie Ruben Vinagre pognał lewą stroną do linii końcowej i wrzucił spod niej piłkę do Rafała Adamskiego, który wyrósł w polu karnym i głową wpakował piłkę poza zasięgiem bramkarza.
Radomiak stopniowo wygasił impet miejscowych, tyle że bagaż do odrobienia wydawał się już zbyt duży. Dopiero w 33. minucie Tapsoba wrzucił piłkę na głowę Grzesika, który był zbyt odchylony i posłał ją w piłkochwyt. Przejęta pozornie inicjatywa nie zdała się zresztą na wiele, bowiem w 44. minucie Szcześniak wybijał wrzutkę Wszołka przed pole karne. Tam Bartosz Kapustka minął obrońcę, huknął z dystansu pod poprzeczkę i po ręce Gradeckiego piłka ugrzęzła w siatce.
Choć rywale byli już na łopatkach, miejscowi zaczęli drugą połowę od strzału Augustyniaka w boczną siatkę. I Radomiak bynajmniej nie zdołał znaleźć w szatni sposobu na poprawę sytuacji. Nie było też mowy o lepszym wejściu Bartłomieja Gradeckiego w drugą połowę spotkania, bo już w 51. minucie – znów po jego ręce – piłka ponownie weszła do siatki. Wszołek z lewej po ziemi znalazł Kapustkę, a ten z granicy pola karnego precyzyjnie wpakował piłkę do siatki.
Od tego momentu Wojskowi już nie gnębili golkipera przyjezdnych. Kolejne zmiany w Legii miały tylko dać wytchnienie, podczas gdy u gości poszukiwanie ożywienia nie dało efektów. Były wprawdzie strzały na bramkę Otto Hindricha, jednak rumuński bramkarz pozostał niezagrożony. Po wygranej 5:0 Legia wraca na szczyt Ekstraklasy i zostanie na nim pod nieobecność Lecha, który wraca z Wysp Owczych.

