Światło czerwone. Jak kartka, na którą pracują arbitrzy
Musimy chyba stworzyć nową stałą rubrykę dla sędziowskich katastrof, bo nie da się przejść przez piłkarski weekend bez nich. Że Tomasz Kwiatkowski nie dźwignął meczu w Krakowie? Szanuję jego pracę, ale nie będę udawał zdziwienia. Że Bartosz Frankowski kompletnym brakiem kontroli nad meczem w Szczecinie zrobił z niego tani film akcji i materiał na książkę o tym, co może pójść nie tak? Szokujące jak środa po wtorku. Natomiast pojedyncze, indywidualne błędy arbitrów, nawet całe ich gorsze mecze nie są naszym największym problemem.
Jest nim fakt, że polskie sędziowanie nie ma czym odbudować swojej wiarygodności. Żaden element systemu nie działa prawidłowo. Mamy VAR, który po wielomilionowych inwestycjach w cuda technologii działa dłużej i mniej wiarygodnie niż z kontenera zaparkowanego pod stadionem. Zamiast porządkować rozgrywki, zwiększa chaos.
Mamy Kolegium Sędziów, które pluje kibicom w twarz, od tygodni nie odnosząc się do największych kontrowersji, za to zajmując się interpretacjami, które stawiają arbitrów w dobrym świetle. Wojciech Górski policzył opublikowane dotąd w październiku interpretacje KS i okazuje się, że sędziowie są prawie nieomylni. Kolegium RAZ nie zgodziło się z decyzją podjętą podczas meczu. Cuda? Nie, wystarczy udawać, że reszty sytuacji nie było.
A na koniec mamy niezależnych ekspertów sędziowskich, których interpretacje robią kibicom jeszcze większy mętlik w głowie. Lyczmański zdecydowanie za karnym dla Jagiellonii – ręka odwiedziona od ciała, Prsir nie zareagował na czas - prosta sprawa. Ale Rostkowski uważa, że VAR uratował Damiana Kosa przed wypaczeniem meczu. Bo, choć ręka była odchylona i powiększyła obrys… to powiększała go naturalnie i przypadkowo (cóż za kredyt dobrej woli!). Przy okazji interpretacja Rostkowskiego rozjeżdża się z wersją Kolegium Sędziów w kwestii momentu zmiany kierunku piłki, choć co do zasady niby się zgadzają. I na dodatek Rostkowski powołuje się na przepisy IFAB, które jego wersji wcale nie legitymizują. Co z tego ma właściwie zrozumieć zwykły kibic?
Jesteśmy na etapie sezonu, gdy cieszę się, że nie jestem kibicem właśnie Jagiellonii. Bo jeśli jej mecze dalej będą poligonem dla najdziwniejszych interpretacji i wyjaśnień (albo ich braku w nadziei, że fani w końcu zapomną), to prędzej czy później kibice przestaną chodzić na Słoneczną, a piłkarzom odechce się grać na nierównych zasadach. Przynajmniej Ousmane Sow wymierzył w niedzielę sprawiedliwość i kwestia karnego straciła na sile. Ale po 12 kolejkach pozostaje mi powiedzieć: odbieracie nam radość z oglądania Ekstraklasy, a umówmy się, nie ma jej przesadnie wiele.
Światło pomarańczowe. Nowak jednak jest tylko człowiekiem
W ostatnich sezonach wyrósł na prawie posągową postać rozgrywek – jest królem asyst, zbiera statuetki i chociaż sodówka mu od tego nie uderza, to Bartosz Nowak rzadko zdradza słabości na boisku. W meczu z Koroną kryptonitem okazała się prowokacja Xaviera Dziekońskiego.
"Odbyliśmy trochę treningów i strzelał mi kilka karnych. Wiedziałem, że jak pokażę mu prawą stronę, to on nie pęknie i będzie chciał pokazać, że jest w stanie tam uderzyć. Mógł mnie zrobić w ciula i uderzyć w lewo... i poleciałbym w maliny" – powiedział po meczu Dziekoński cytowany przez wKielcach.info.
Nie chcę z tej historii wyciągać zbyt daleko idących wniosków, chcę ją tylko tu zostawić jako moment do zapamiętania i docenienia w 12. kolejce. Bardzo ludzki, ciekawy i – jak się okazuje – kluczowy dla rozstrzygnięcia sportowego.
Światło zielone. Skoro Legia nie wykoleiła tej lokomotywy, to kto da radę?
Nie zamierzam udawać, że w niedzielę oglądaliśmy przy Łazienkowskiej piłkarską ucztę. Za to bez najmniejszego skrępowania przyznam, że byliśmy świadkami gry dwóch świetnie przygotowanych – biorąc pod uwagę wszystkie ograniczenia – drużyn ze szczytu naszej ligi.
Była rzecz jasna dodana wartość rozrywkowa w postaci wzajemnych przytyków obu trenerów, ale to ich właściwa praca zasługuje na największe uznanie. Wiemy, jaką Legię przejmował Marek Papszun i co z niej zbudował. Wiemy, jak trzeba było dźwignąć Lecha po serii ciosów w Europie, gdy kalendarz jest bezlitosny, a kadra (zresztą w obu przypadkach) nie należy do najszerszych.
Absolutnie nie zgadzam się z opiniami podrażnionych kibiców Legii, że ich zespół był lepszy, acz prawem kibica jest właśnie tak postrzegać sytuację. Bo Legia dała z siebie wszystko, a to wciąż nie wystarczyło, by pokonać Lecha. Decydowały szczegóły i sam Niels Frederiksen podsumował to chyba najlepiej w klipie powyżej. Ponieważ unikamy wulgaryzmów, nie będę tłumaczył jego przemowy z szatni, ale owszem: nawet na wielkim zmęczeniu, nawet bez czasu na przygotowanie Lech jako jedyny dotąd pokonał Legię.
Jeśli przy Łazienkowskiej wygrywa, to gdzie miałby nie wygrać w tym sezonie? Znając Ekstraklasę, odpowiedź będzie przewrotna, a okoliczności kuriozalne, ale trajektoria Lecha wydaje się jasna i jest nią obrona tytułu.

