Magda Linette wykorzystała krótką przerwę w kalendarzu startów i zawitała do rodzinnego miasta. 34-letnia Poznanianka przyznała, że póki co jest zadowolona z początku sezonu w swoim wykonaniu.
Przede wszystkim przełamała niemoc w Wielkich Szlemach, docierając do trzeciej rundy Australian Open. W poprzednich ośmiu turniejach tej rangi odpadła w pierwszej rundzie, dlatego to swego rodzaju przerwana "klątwa".
Musi zapracować na lepszy ranking
Nie ukrywa, że 56. miejsce w rankingu nie do końca jest odzwierciedleniem jej poziomu. "Z drugiej strony jest takie powiedzenie, że z jakiegoś powodu ten ranking jest taki, a nie inny. Dlatego jakiś powód jest, że jestem na tym miejscu. Myślę, że zabrakło punktów z końcówki ubiegłego roku i lepszych wyników w Wielkich Szlemach. Miałam dużo zer i dziesiątek, część punktów mi się nie zaliczała, ale generalnie nie najlepiej grałam w większych turniejach. Uważam, że mój poziom jest znacznie wyższy niż 56. lokata, ale muszę sobie na to zapracować i udowodnić, że na to zasługuję, bo ranking często nas weryfikuje" - powiedziała Linette.
Jak przyznała, kiedyś z trenerem Markiem Gellardem bardziej zwracała uwagę na miejsce na liście światowej, teraz patrzy na to już z nieco większym dystansem.
"Chcieliśmy być jak najwyżej, bo to wyższe miejsce dawało lepsze rozstawienie w dużych turniejach. Może faktycznie nie trafisz na zawodniczkę numer jeden, dwa lub trzy. Natomiast jak przypomnę sobie, na kogo w ostatnich lata trafiałam w pierwszych rundach w dużych turniejach, to znaczy, że rozstawienie niewiele mi dawało. Uznaliśmy, że nie ma sensu jeździć po jakiś mniejszych turniejach i na siłę szukać tzw. łatwych punktów. A teraz już tym bardziej, patrząc na jakim etapie kariery jestem. Nie jestem już, niestety, taka młoda, żeby grać aż tyle" – skomentowała.

Wiek czuje w kościach
Linette odniosła się do swojego wieku i też inaczej spogląda już w przyszłość. Nie snuje wielkich planów, a pytana o ewentualny start w kolejnych igrzyskach - w Los Angeles w 2028 roku - przyznała, że nawet o tym nie myślała.
"Myślę jedynie o każdy kolejnym roku, który jest dla mnie swoistym prezentem. Nie ukrywajmy, że moje ciało zaczyna odczuwać sport i czas spędzony na korcie. Nie myślę dużo o swoim wieku, ale czuję go w kościach. Dlatego mam taki plan, by ten sezon zagrać na 100 procent i zobaczymy, co się wydarzy na początku kolejnego" – przekazała.
Niezłe wyniki na początku roku Linette zawdzięcza m.in. dłuższej przerwie, którą zrobiła sobie po zakończeniu poprzedniego sezonu. "To mi dało nieco więcej czasu, by odetchnąć, ale też popracować nad niektórymi rzeczami. Od czasu pandemii mamy bardzo krótki okres przygotowawczy i mało czasu, by wyczyścić technikę. Teraz mieliśmy więcej czasu na pracę nad niektórymi elementami i widać, że moje uderzenia są dużo bardziej stabilne" – tłumaczyła.
Poznanianka pytana była również o mecz z Igą Świątek, z którą zmierzyła się w drugiej rundzie turnieju WTA 1000 w Miami. Nieoczekiwanie pierwsza rakieta kraju po trzysetowym pojedynku uległa starszej rodaczce. Po tej porażce Świątek zrezygnowała ze współpracy z belgijskim trenerem Wimem Fissette.
"Dla mnie było to o tyle ważne, że wygrałam z kimś z pierwszej dziesiątki. Tym bardziej, że pokonałam zwyciężczynię tylu Wielkich Szlemów. Dlatego było to bardzo wartościowe zwycięstwo. Z każdym rokiem wiele osób spisuje mnie na straty w związku z moim wiekiem, dlatego udowodniłam innym, ale też i sobie, że wciąż mogę utrzymywać wysoki poziom i wygrywać z takimi zawodniczkami. Mentalnie zachowałam też zimą krew. Dla mnie natomiast Iga pozostaje jedną z najlepszych grających tenisistek na świecie" – zaznaczyła Linette.
Linette przyznała jednocześnie, że wydźwięk tego meczu i jego rezultatu nie były dla niej do końca miłe. Jej zdaniem większość mediów skupiła się na porażce i zachowaniu rywalki, niż na jej bardzo dobrym występie, który my na łamach Flashscore bardzo chwaliliśmy.
"To była taka zmarnowana szansa, by spokojniej podejść do Igi i może na milsze podejście do mojej osoby. Można było dać mi trochę uznania, że rozegrałam fajny mecz, a przy okazji odpuścić Idze, bo to by zadziałało lepiej na nią" - oceniła.
To trener zaprosił Radwańską do współpracy
Poznanianka odniosła się do współpracy z Agnieszką Radwańską, która w grudniu 2024 roku dołączyła do jej sztabu. Jak się okazało, to nie Linette, a trener Gellard wykonał pierwszy ruch.
"Zadzwoniłem do Agnieszki, nie informując o tym Magdy. Zapytałem o taką możliwość współpracy i przyznam, że byłem raczej przekonany, że odmówi. Wiem doskonale, że ona ma swoje obowiązki, zarówno rodzinne, jak i zawodowe. Ona się jednak zgodziła. Uważam, że Aga ma zupełnie inną perspektywę, inne spojrzenie, a przy tym świetnie czyta grę. Liczyłem, że to będzie owocna współpraca, ale nie sądziłem, że aż tak bardzo. To prawdziwe szczęście mieć ją w teamie" – powiedział Gellard, który już siódmy rok pracuje z Linette.
Tenisistka wspomniała, że pomysł z dołączeniem Radwańskiej do zespołu przyjęła niezwykle entuzjastycznie. Jak zaznaczyła, taki ruch świadczy o klasie jej szkoleniowca.
"Nie każdy trener jest w stanie dopuścić kolejną osobę do teamu i pozwolić jej od czasu do czasu przejąć inicjatywę. To jest duży ukłon w kierunku Marka i nie mówię tego tylko dlatego, że siedzi koło mnie. Dał Agnieszce duże pole manewru, często jej słucha. Rzadko zdarza się taka osoba, która potrafi odsunąć własne ego na bok. Nawet, gdy zdarzają się „dołki”, to ja trzymam się tych swoich wyborów i myślę, że potrafię dobrze dobierać osoby do współpracy" – podkreśliła tenisistka.
Od 10 lat Linette reprezentuje AZS OŚ Poznań, wcześniej była zawodniczką Grunwaldu. Co roku regularnie przedłuża umowę z akademickim klubem. "Myślę, że to były bardzo udane lata dla nas, dla zawodniczki chyba także. Jest ona częścią naszej społeczności i naszego klubu. Każdy jej sukces wzbogaca nas przede wszystkim duchowo. Dwukrotnie reprezentowała AZS na igrzyskach olimpijskich" – podsumował prezes poznańskiego klubu Tomasz Szponder.
