Raków przetrwał napór i zrobił swoje, pewny awans po drugiej wygranej

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Reklama
Raków przetrwał napór i zrobił swoje, pewny awans po drugiej wygranej
Vladan Kovacević na zdjęcie solo zapracował, ratując skórę kolegów nie raz, nie dwa, nie trzy...
Vladan Kovacević na zdjęcie solo zapracował, ratując skórę kolegów nie raz, nie dwa, nie trzy...
Profimedia
Po pierwszej połowie wydawało się, że obrona Częstochowy nie wypali. Przerwę Raków przepracował jednak wzorowo i wkrótce wyszedł na prowadzenie. Dzięki pokonaniu mistrzów Cypru Medaliki są już pewne gry co najmniej w Lidze Europy.

Choć do Limassol mistrzowie Polski jechali z niezłym wynikiem z pierwszego meczu (2:1), to jednak cypryjskie kluby znane są z solidnej gry na swoich boiskach. Nawet jeśli kibicom Arisu liczebnie i pod względem atmosfery daleko do największych klubów z Cypru, to mistrzowie wyspiarskiego kraju mieli zdecydowaną przewagę klimatu i boiska, które jakościowo mogło zaskoczyć in minus

To także Aris pierwszy szukał przejęcia inicjatywy we wtorkowym meczu. Z jednej strony właśnie tego spodziewał się Raków, a z drugiej dojście do pierwszej poważnej sytuacji zajęło gospodarzom niewiele ponad minutę. Zamknięty przez obrońców Bengtsson doskonale oddał piłkę wychodzącemu Stępińskiemu, a Polak posłał piłkę nieznacznie nad poprzeczką.

Minęło 20 minut gry, a Aris ponownie mógł boleśnie użądlić mistrzów Polski. Tym razem strzelał Moussounda, Kovacević obronił wspaniale, ale dobitki Mayambeli był kompletnie nieprzygotowany. Na szczęście i strzelec nie miał najlepszego momentu. Mistrzowie Cypru nie bali się ataków niemal całą drużyną, płynnie wymieniając pozycje.

Szybko stało się jasne, że Raków nie zamierza szukać swoich okazji, przynajmniej do przerwy. Nawet po przejęciu piłki częstochowianie nie próbowali wychodzić z atakami, a indywidualne próby kończyły się na niczym. Do pola karnego piłkarze Arisu dochodzili gładko, później wszystko się kończyło. Cóż, jeśli jakiś klub może sobie pozwolić na "obronę Częstochowy", to czy nie mistrz spod Jasnej Góry? Na to pytanie chciał odpowiedzieć Stępiński, który genialnym strzałem już w czasie doliczonym wpakował piłkę w słupek bramki Kovacevicia, ale do bramki nie wpadła.

Raków przetrwał pierwszą połowę wielkim wysiłkiem, ale powrócił z szatni bez zmian kadrowych. W barwach gospodarzy kluczowa wydawała się zmiana Stępińskiego na Babickę. Pomimo wprowadzenia trzech nowych piłkarzy to polski zespół pierwszy miał sytuację – jak się wydawało – meczową. Fabian Piasecki znalazł się przed bramką i oddał pierwszy celny strzał, wybroniony przez Vanę. Polak nie zaliczył gola, ale po faulu na nim tuż za polem karnym był rzut wolny. Do piłki podszedł Fran Tudor i wkręcił piłkę obok muru, tuż przy słupku – 1:0! 

Gospodarze musieli otrząsnąć się po tej sytuacji, ale o powrocie do dominacji z pierwszej połowy mogli już zapomnieć. Teraz na niecelny strzał Bengtssona odpowiedział groźnym uderzeniem Koczerhin – proporcje były znacznie bardziej wyrównane, a Medaliki miały pomysł na dalsze drażnienie "napoczętego" już rywala. 

Tuż przed godziną gry ponownie gorąco było pod bramką Kovacevicia, jednak golkiper zachowywał zimną krew przy kolejnych celnych uderzeniach. Bengtsson nie mógł uwierzyć, że nie ma gola na koncie. Podobne niedowierzanie musiało rysować się na twarzach gospodarzy w 78-79. minucie, gdy Vladan Kovacević wywiązał się z imienia i władał polem karnym: obronił genialnie trzy strzały z rzędu!

Z upływem kolejnych minut rosła frustracja zawodników Arisu, ale nie było wciąż przełożenia na wynik, najwyżej na dorobek kartkowy. Raków nie dał sobie już zrobić krzywdy, wygrana przyszła pomimo konieczności obrony coraz bardziej rozpaczliwych ataków.

Wynik i statystyki meczu Aris-Raków
Flashscore