Światło czerwone. Widzew musi cierpieć do końca
To mógł być ich dzień – przyjechali do pogrążonej w marazmie Korony i mogli spokojnie odskoczyć od strefy spadkowej na tydzień przed końcem rozgrywek. Zamiast tego podopieczni Aleksandara Vukovicia potwierdzili, jak chimeryczni i nieskuteczni pozostają w tym sezonie.
Wciąż mają wszystko w swoich rękach, ale do samego końca sezonu będzie im towarzyszyć presja, która nie miała dotyczyć zespołu budowanego za niespotykaną dotąd fortunę. W sobotę muszą wygrać z Piastem, by nie oglądać się za plecy.
Zdecydowanie są faworytem, bo pod okiem Serba jeszcze przy Piłsudskiego nie polegli. Ale fani RTS-u będą drżeć, by nie powtórzyły się z udziałem ich drużyny sceny z Gdyni, gdzie Arka szła po zwycięskiego gola, a strzelili go rywale.

Światło pomarańczowe. Arka spadła? Bo spaść miała
Skoro jesteśmy przy Arce, to trudno o sytuację dobitniej pokazującą, jak wiele może kosztować ryzyko w doliczonym czasie. I o lepszą metaforę sezonu 2025/26, w którym niczego do końca pewnym być nie można.
Niektórzy wieszali po tym meczu psy na Gdynianach. Po kibicach trudno spodziewać się innej reakcji, takie prawo rozdartego spadkiem serca. Choć kolejna pogadanka "pod płotem" buduje żenujący obraz tych, którym wydaje się, że są sumieniem trybun.
Sezon nie został przegrany z Niecieczą. Skupienie na jednym meczu zamazuje szerszy obraz kampanii, w której beniaminek od początku miał niewielkie szanse na przetrwanie. Ograniczenia kadrowe, nierozwiązane problemy na wyjazdach czy ryzykowna zmiana trenera w imię wątpliwego bodźca – przez to trudno było szukać nadziei. A że spadek potwierdzili z Niecieczą zamiast w niedzielę z Rakowem? Różnica tylko kosmetyczna, skoro efekt ten sam.
Światło zielone. Oddajmy Lechowi co mistrzowskie
Jestem jedną z osób, które Ekstraklasę mogłyby oglądać przez cały rok, acz od jednej rzeczy bardzo chętnie wkrótce odpocznę: od mantry, jaka to słaba liga i jeszcze słabszy mistrz. Że Lech wygrał mniej niż połowę swoich meczów, że 59 punktów to dorobek niegodny triumfatora. Uproszczenia działają na wyobraźnię, tyle że pomijają kontekst.
Crvena zvezda, w Poznaniu pamiętana dobrze, w poprzednim sezonie rozbiła ligę serbską w pył, kończąc bez porażki z tytułem zapewnionym długo przed końcem. I co? Ano nic, rozbiła się o Pafos i wypadła z Ligi Mistrzów, a potem nie zrealizowała aspiracji w Lidze Europy mimo budżetu, o jakim w Polsce można marzyć. Sezon to nie mecz, żeby można było sprawę sprowadzić do tak prostych wniosków. Nie każda kampania będzie historią imponującego marszu od wygranej do wygranej.
Więc tak, Kolejorz miał swoje – niemałe! – problemy po drodze. Zdecydowanie nie zawsze zachwycał, a Niels Frederiksen nie jest Pepem Guardiolą, o czym przy Bułgarskiej wiedzą, serio. Ale gdy w Radomiu Poznaniacy zapewnili sobie 10. tytuł, zrobili to absolutnie zasłużenie. Nikt inny tak dobrze nie poradził sobie z wyzwaniami wyrównanej kampanii, grając do tego do wiosny w Europie. Ten moment jest ich, a jedyne, co im się aktualnie należy, to gratulacje.

