Lech Poznań - Legia Warszawa (4:0)
Przez moment wydawało się, że wypchany po brzegi stadion i wielka oprawa pętają nogi piłkarzom – dwie minuty upłynęły na stratach, ale worek z bramkami rozwiązał się błyskawicznie. Pierwsza akcja Lecha skończyła się sprytnym wycofaniem Patrika Walemarka piętą do Aliego Gholizadeha, a ten huknął w swoim stylu pod dalszy słupek.
Legia próbowała się pozbierać, ale bez efektów. Natomiast gdy wybiło 10 minut, Mikael Ishak urwał się obronie i tylko wychodzący Hindrich go zatrzymał. Napór Lecha nie słabł, co pozwoliło Joelowi Perierze oddać kolejny groźny strzał w 16. minucie. Piątkowski głową ratował lekko zaskoczonego rykoszetem Hindricha.
Goście nie zdążyli jeszcze pokazać swoich atutów w ofensywie, gdy musieli radzić sobie ze stratą Rafała Augustyniaka. Obrońca wyleciał z boiska za wślizg, w którym podwinął nogę Leo Bengtssona. To otworzyło drogę do podwyższenia przewagi i Kolejorz osiągnął cel w 31. minucie. Gurgul barkiem dograł do Ishaka, ten uderzył z trudem, ale skorzystał z faktu, że Hindrich obstawił zły narożnik – piłka wtoczyła się obok bramkarza.
Przy takich dysproporcjach powrót Legii wydawał się nierealny, choć chyba mało kto spodziewał się aż takiej łatwości przy kolejnych golach. Spokojnie budowany atak pozycyjny pozwolił wypuścić Walemarka między obrońcami w 38. minucie. Hindrich czujnie wybił w przeciwną stronę, tyle że tam czyhał już Gurgul, który dobił od słupka. W bardzo podobny sposób uciekł obronie Ishak w 42. minucie i huknął na 4:0. Gdyby Wszołek trzymał linię, złapałby go na spalonym.
Powrót do gry oznaczał konieczność wytrzymania bez straty kolejnych goli przez Legię i Marek Papszun udzielił skutecznych rad piłkarzom. Nie tylko byli w stanie odcinać Lecha od akcji, ale też doczekaliśmy się groźnego rajdu Damiana Szymańskiego w 49. minucie zakończonego zablokowanym strzałem.
Lech przesadnie nie naciskał, a i tak w 51. minucie Kozubal był o włos od gola, gdy po rzucie rożnym posłał piłkę tuż obok słupka. Hindrich dopiero w 63. minucie musiał interweniować, spokojnie wyłapując strzał Ishaka. Szwed hat-tricka szukał nieustannie, w 72. minucie marnując świetną okazję uderzeniem wysoko nad bramką. Ostatecznie nie padło więcej bramek, ale czy jest czego żałować? Gospodarze nie tylko punktowo, ale i pod względem pewności siebie zbliżają się do obrony tytułu.

Widzew Łódź - Motor Lublin (2:0)
Widzew cały czas walczy o utrzymanie i każde kolejne spotkanie dla ekipy z Łodzi ma duży ciężar gatunkowy. Nie inaczej było w niedzielę podczas meczu z Motorem. Dlatego też gospodarze od początku narzucili rywalowi swój styl gry i od pierwszych minut dążyli do zdobycia gola. Ta sztuka udała im się już w 15. minucie rywalizacji. Po dośrodkowaniu z rzutu rożnego zakotłowało się w polu karnym Motoru, a tam najwięcej zimnej krwi zachował Carlos Isaac Munoz, który z najbliższej odległości wyprowadził swoją drużynę na prowadzenie. W kolejnych minutach tempo meczu siadło i więcej oglądaliśmy walki w środkowej części murawy, aniżeli składnych akcji z obu stron.
W 39. minucie przed niezłą okazją stanął Isaac Munoz po podaniu od Shehu, ale jego strzał wylądował nad poprzeczką bramki Motoru. Trzy minuty później powinno być 1:1. N'Diaye przeprowadził ładną akcję na skrzydle, podał do Czubaka, ale jego strzał pewnie obronił Drągowski. Ostatecznie do końca pierwszej połowy wynik już się nie zmienił, a my z niecierpliwością czekaliśmy na drugą odsłonę rywalizacji.
W 55. minucie Widzew podwoił prowadzenie. Świetną akcję przeprowadził Alvarez, który w polu karnym wypatrzył Bergiera. Napastnik łodzian zobaczył lepiej ustawionego Leragera, a ten trafieniem przy dalszym słupku podwyższył prowadzenie gospodarzy na 2:0. Motor był w sporych tarapatach, a co gorsza, gra gości nie zwiastowała możliwości zmiany wyniku. Drągowski przez całą drugą połowę był totalnie bezrobotny, bowiem ofensywni gracze Motoru nie byli w stanie zagrozić jego bramce.
Ostatecznie Widzew pewnie kontrolował przebieg spotkania do końca rywalizacji i zanotował niezwykle ważne trzy punkty, które zwiększają nadzieję gospodarzy na utrzymanie w lidze.

Wisła Płock - Radomiak Radom (0:1)
Początek spotkania należał do Radomiaka, który był w ataku pozycyjnym, a Wisła Płock czekała na kontratak. Gdy obie ekipy zbliżały się do pola karnego rywali za każdym razem brakowało jednak dokładności w poszczególnych zagraniach, przez co nie oglądaliśmy wielu sytuacji podbramkowych. W 33. minucie niezłą okazję miał Elves Balde, jednak jego strzał z ostrego kąta dobrze obronił Rafał Leszczyński. Dość powiedzieć, że była to tak naprawdę jedyna groźna okazja w pierwszej odsłonie i obie ekipy zeszły do szatni z wynikiem bezbramkowym.
W 50. minucie Wisła Płock mogła w wymarzony sposób rozpocząć drugą połowę meczu. Nowak świetnie minął dwóch rywali po prawej stronie boiska i wpadł z piłką w pole karne. Zagrał w kierunku Niarchosa, jednak ten fatalnie spudłował i dobra okazja na zdobycie gola została zaprzepaszczona. W kolejnych minutach tempo meczu ponownie się uspokoiło. Obie ekipy walczyly głównie w środkowej części boiska i nie oglądaliśmy sytuacji podbramkowych. W 73. minucie w końcu piłka wpadła do siatki. Rafał Wolski świetnie dośrodkował z rzutu rożnego wprost na głowę Mauridesa, a ten precyzyjnym strzałem wyprowadził swoją ekipę na prowadzenie.
W kolejnych minutach Wisła Płock próbowała doprowadzić do wyrównania. Gospodarzom brakowało jednak jakości z przodu, przez co ich ataki nie były w stanie na poważnie zagrozić bramce Radomiaka. Finalnie goście wygrali więc 1:0 i dopisali do tabeli cenne trzy punkty.

