Legia Warszawa - Zagłębie Lubin (1:0)
Goście przyjechali do stolicy z zamiarem nawiązania do ostatniego zwycięstwa z Radomiakiem i od razu ruszyli do ofensywy. Już w pierwszych minutach celny strzał oddał Adam Radwański, ale był on zdecydowanie za słaby, by mógł zaskoczyć przygotowanego Otto Hindricha.
Po krótkiej przewadze przyjezdnych inicjatywę w końcu przejęli gospodarze i błyskawicznie zaczęli stwarzać sporo zagrożenia. Aktywnością wykazywał się Mileta Rajović, który chciał pokazać, że jego ostatnie przebudzenie nie było jedynie ewenementem. Świetne uderzenie głową pod poprzeczkę duńskiego napastnika zdołał wybić jednak Jasmin Burić, z kolei strzał z bliska zatrzymał kapitan Michał Nalepa.
W końcu jednak defensywa "Miedziowych" została przełamana. Tuż przed upływem pół godziny gry po rzucie rożnym Kamil Piątkowski urwał się obrońcom i głową skierował piłkę tuż przy dalszym słupku. Ta zapewne wpadłaby do bramki, ale tuż przed linią dotknął ją jeszcze Rafał Adamski i to on mógł cieszyć się z drugiego gola w Ekstraklasie w tym sezonie.
Po zmianie stron Legia skoncentrowała się na utrzymywaniu przy piłce i ostrożnych poczynaniach w ofensywie. Tempo spotkania mocno spadło, a podopieczni Leszka Ojrzyńskiego nie mieli pomysłu na wtrącenie rywali z rytmu i skuteczną odpowiedź.

Najlepszą sytuację wypracował sobie Damian Szymański, jednak jego potężny i podkręcony strzał sprzed pola karnego odbił się jedynie od poprzeczki. W ostatnim fragmencie na boisku nie brakowało agresji, a sędzia Koki Nagamine musiał uspokajać zawodników obu drużyn. Ostatecznie zawodnicy Marka Papszuna utrzymali korzystny wynik i dzięki ósmej wygranej w sezonie przynajmniej tymczasowo wskoczyli na 11. miejsce w tabeli. Zagłębie utrzymało drugą pozycję, choć może ją stracić po meczach zespołów z czołówki.
GKS Katowice - Motor Lublin (3:2)
GKS Katowice pokonał na własnym stadionie Motor Lublin 3:2 na inaugurację 29. kolejki piłkarskiej ekstraklasy. Kibice obejrzeli pięć goli i mnóstwo sytuacji podbramkowych.
Gospodarze chcieli wygrać trzeci "domowy " mecz z rzędu i dopięli swego. Październikowe starcie z Motorem na wyjeździe wygrali 5:2. Ekipa z Lublina przyjechała na Górny Śląsk po siedmiu ligowych spotkaniach bez porażki (cztery zwycięstwa i trzy remisy).
Katowiczanie mieli za sobą przegrany rzutami karnymi wyjazdowy półfinał Pucharu Polski z Rakowem Częstochowa po remisie 4:4, a w poprzedniej kolejce podzielili się punktami z Lechem (3:3). Za te występy piłkarze trenera Rafała Góraka zostali nagrodzeni brawami przez kibiców zgromadzonych na stadionie.
Z racji piłkarskiego wydarzenia dzień przerwy mieli szachiści, rywalizujący o mistrzostwo Europy w przylegającej do stadionu hali. Dla odmiany mogli zasiąść na widowni.
W składzie miejscowych zabrakło bramkarza Rafała Strączka, narzekającego na uraz barku, ale przed pierwszym gwizdkiem poinformował kibiców o podpisaniu kolejnego, trzyletniego, kontraktu ze śląskim klubem.
Pierwsza połowa była "szalona", tak jak ostatnie mecze GKS. Gospodarze zaatakowali, niecelnie strzelali Eman Marković i Bartosz Nowak. Po kwadransie świetnej okazji nie wykorzystał napastnik Katowiczan Ilja Szkurin. Zderzył się z bramkarzem rywali i Ivan Brkić na noszach opuścił boisko. Zastąpił go Gasper Tratnik i od razu został pokonany przez Markovica strzałem z linii pola karnego.
Odpowiedź Motoru nadeszła szybko. Po podaniu Bradly’ego van Hoevena do remisu z bliska głową doprowadził Karol Czubak. Po chwili spróbował zaskoczyć golkipera GKS ponownie, tym razem Dawid Kudła nie dał się pokonać.
W 39. minucie kontrę gospodarzy zakończył z kilku metrów Nowak, po podaniu Alana Czerwińskiego z prawej strony. Zaraz potem mogło być 2:2, gdyby Czubak wygrał pojedynek sam na sam z Kudłą. Tak się nie stało, a w doliczonym czasie prowadzenie Katowiczan podwyższył Marković. Norweg wbiegł przed bramkę rywali i wykorzystał wyłożenie piłki przez Marcina Wasielewskiego.
Podczas przerwy na murawie uhonorowani zostali hokeiści GKS, którzy w zakończonym niedawno sezonie wywalczyli wicemistrzostwo Polski.
Po wznowieniu gry goście szybko zdobyli kontaktowego gola. Wydawało się, że sędzia podyktuje rzut karny dla nich, po zagraniu ręką Lukasa Klemenza. Tymczasem gwizdek milczał, a kapitan Motoru Bartosz Wolski trafił do siatki.
Potem bardzo dużo działo się przed bramką Lublinian. Tratnik miał pełne ręce roboty. Wygrał pojedynek jeden na jeden ze Szkurinem, obronił w ekwilibrystyczny sposób uderzenie Nowaka, a po strzale Arkadiusza Jędrycha z linii bramkowej piłkę wybił Ivo Rodrigues.
Goście kończyli spotkanie w dziesiątkę, bowiem po drugiej żółtej kartce, a w konsekwencji czerwonej, do szatni musiał pójść Czubak. Po chwili katowiccy kibice fetowali wygraną swojej drużyny.
