Kiepski w wykonaniu Świątek był tak naprawdę tylko sam początek spotkania, gdy popełniała proste błędy, wyrzucała piłki za kort lub trafiała w siatkę i dała się przełamać w pierwszym gemie, a w drugim przegrywała 15-30. Od tego momentu do końca pierwszego seta Polce wychodziło już jednak tak naprawdę wszystko.
Co prawda w całej pierwszej partii Świątek popełniła 11 niewymuszonych błędów, czyli o pięć więcej od swojej rywalki, ale za to posłała dziewięć winnerów, a Amerykanka w tej statystyce miała okrągłe zero.
Iga spychała McNally do defensywy, wywierała presję, a w kluczowych momentach trafiała idealnie w to miejsce kortu, w które planowała. Największe wrażenie zrobiła defensywa Polki w sytuacji, gdy to McNally znalazła się przy siatce. Świątek znalazła drogę do wybronienia się z opałów, a następnie posłała mijający forhend. Przeciwko tak dysponowanej Idze rywalki nie mają nic do powiedzenia.
Drugi set także zaczął się pod dyktando Polki, która wygrała trzy z czterech pierwszych gemów i szybko objęła prowadzenie z przewagą przełamania. Od piątego gema McNally weszła jednak na wyższy poziom i w końcu stawiała jakiś opór Świątek.
Amerykanka wybroniła wówczas trzy break pointy i złapała wiatr w żagle. W następnym swoim gemie serwisowym znów wygrała w grze na przewagi, prezentując bardzo wysoki poziom. Zagrała kapitalny skrót, przy obronie którego Iga omal nie skończyła w szpagacie, a także popisywała się zagraniami kończącymi, których wcześniej całkowicie brakowało.
Do tego momentu działo się to jednak tylko przy jej własnych gemach serwisowych. Świątek przy swoim serwisie była do tego momentu niezagrożona i zdawało się, że po prostu wygra spotkanie, utrzymując swoje podanie. Amerykanka miała inny plan. Iga w dziesiątym gemie, gdy serwowała na wygranie meczu, w dwóch sytuacjach wyrzuciła piłki w aut i dała się przełamać, a McNally była naprawdę rozpędzona.
Od remisu 5:5 Polce brakowało postawienia kropki nad i. Najpierw przełamała Amerykankę, ale zrobiła to na przewagi, mimo że prowadziła 40-0 i zepsuła naprawdę proste piłki, przez które gema mogła skończyć szybciej. Gdy ponowanie serwowała na wygranie meczu i uniknięcie tie-breaka, to znowu coś się zacięło i Świątek nie dała rady skończyć spotkania.
Tie-break był rozgrywany przy sporym wietrze, która potrafił płatać figla zawodniczkom, a w tak nieprzewidywalnych warunkach lepiej poradziła sobie McNally. To ona wychodziła na prowadzenie i ostatecznie wygrała 7-5, wydłużając mecz do trzeciego seta.
Początek trzeciego seta był początkiem jakby zupełnie nowego meczu. Przewaga Świątek z pierwszego seta poszła w zapomnienie i aby awansować do kolejnej rundy, trzeba było pokonać w kluczowej partii naprawdę solidną rywalkę.
Wiele wymian było bardzo długich, wyrównanych, a żadna z zawodniczek nie była w stanie wywalczyć przewagi. Gdy Polka już to zrobiła w czwartym gemie, przełamując McNally, to ta po chwili odpowiedziała jej tym samym i znowu mieliśmy status quo.
Świątek wielokrotnie zmuszała Amerykankę do głębokiej defensywy, ale ta spisywała się w niej bardzo dobrze, a do tego Idze wciąż brakowało tego ostatniego uderzenia. Nie sposób zliczyć sytuacji, w których w kluczowych punktach na tablicy wyników lub w najważnieszym momencie danej wymiany Polka popełniała jakiś prosty błąd i w ten sposób niweczyła budowaną wcześniej przewagę. Raszynianka sama nie mogła w to uwierzyć i łapała się za głowę, a nawet ironicznie śmiała po własnych błędach.
Ostatecznie umiejętności Świątek wzięły górę i to ona zdominowała samą końcówkę spotkania, przełamując Amerykankę i utrzymując swój serwis, ale z pewnością spędziła dziś na korcie dużo więcej czasu niż zakładała.
W trzeciej rundzie rywalką Raszynianki będzie Emma Navarro (35. WTA) lub Elisabetta Cocciaretto (41. WTA).
