Osłabieni tuż przed meczem kontuzją Oskara Pietuszewskiego, zawodnicy FC Porto mieli spore problemy z udowodnieniem swojej wyższości nad Gil Vicente w sobotni wieczór. Choć w lidze mieli komplet ośmiu wygranych z rzędu, to przyjechali do Barcelos po kolejnej bolesnej porażce w Europie, z silnym postanowieniem rehabilitacji.
Sprawdź szczegóły meczu Gil Vicente - Porto
Tymczasem pierwsze 45 minut potwierdziło, że mistrzowie Portugalii mają spore problemy ze skutecznością w ofensywie. Z trzech oddanych przed przerwą strzałów żaden nie pokonał Lucao, który ostatnio notował świetne występy.
Swoją szansę miał nawet Jan Bednarek po główce kończącej rzut rożny z 45. minuty, jednak Lucao zachował czujność. Po frustrującej pierwszej części zaledwie 30 sekund potrzebował Andre Silva, by wpakować piłkę do bramki miejscowych. Nie mógł jednak cieszyć się długo – liniowy natychmiast pokazał spalonego i bramkę unieważniono.

Impas udało się przełamać dopiero w 63. minucie, gdy Victor Froholdt z prawej przerzucił piłkę w pole karne. Jonathan Buatu zdjął ją z głowy Samu Aghehowy, ale przedłużył tym samym do kompletnie niekrytego Borjy Sainza. Ten miał czas i miejsce, przymierzył pod bliższy słupek i otworzył wynik.
Nawet realizator transmisji pokazał w tym momencie na Pietuszewskiego na ławce – to on miał przecież grać zamiast Sainza. Gospodarze nie zrażali się stratą i szukali swoich okazji. Choć nie były liczne, to choćby Murilo de Souza przetestował Diogo Costę na 10 minut przed końcem z dystansu.
Szarpana i pełna niezdrowych emocji gra doczekała się finału w postaci czerwonej kartki dla Marvina Elimbiego, dając Porto przewagę na finiszu. W grze nie było jej widać - miejscowi walczyli o wyrównanie i w efekcie ostatnie sekundy meczu stadion spędził na obserwowaniu, jak Froholdt broni piłki w narożniku po stronie rywali. Piękny mecz? W żadnym razie, męczarnie! Ale zwycięskie, do tego z czystym kontem.

