Spotkanie z Wolves miało dla Tottenhamu ogromne znaczenie. Gospodarze byli już pogodzeni ze spadkiem i zajmowali ostatnie miejsce, natomiast goście walczyli o życie. Od pierwszych minut było widać większą determinację po stronie Spurs, którzy częściej utrzymywali się przy piłce i starali się narzucić swoje warunki.
Pierwsza połowa nie przyniosła goli, choć Tottenham wyglądał dojrzalej w rozegraniu i cierpliwie budował akcje. Wolves próbowało odpowiadać kontratakami, ale brakowało konkretów pod bramką rywali. Koguty wiedziały, że remis niczego im nie daje, dlatego po przerwie ruszyły jeszcze odważniej.
W drugiej części meczu przewaga gości rosła. Tottenham częściej zamykał rywala na jego połowie i szukał przełamania. Wolves bronili się ambitnie, lecz z każdą minutą coraz bardziej cofali się pod własne pole karne.
Decydujący moment nadszedł w 82. minucie. Piłka w tłoku w polu karnym trafiła do Joao Palhinhi, a ten pewnym strzałem pokonał bramkarza gospodarzy. Dla Tottenhamu był to gol na wagę bezcennych punktów i eksplozji radości na ławce rezerwowych.
Końcówka była nerwowa, bo stawka meczu była ogromna. Wolves próbowali jeszcze odpowiedzieć, ale Spurs zachowali koncentrację i dowieźli zwycięstwo do ostatniego gwizdka. Tottenham ma teraz 34 punkty po 34 spotkaniach i nadal musi oglądać się za siebie oraz liczyć na potknięcia rywali.

Równolegle kluczowy dla układu tabeli był mecz West Hamu z Evertonem. Młoty objęły prowadzenie w 52. minucie po trafieniu Tomasa Soucka, lecz w 88. minucie wyrównał Kiernan Dewsbury-Hall. Gdy wydawało się, że padnie remis, w doliczonym czasie gry bohaterem gospodarzy został Callum Wilson, który zdobył bramkę na 2:1.
To trafienie ma ogromne znaczenie w walce o utrzymanie. West Ham dzięki zwycięstwu wciąż ma dwa punkty przewagi nad Tottenhamem i ma obecnie 36 oczek. Spurs pozostają na 18. miejscu, a końcówka sezonu zapowiada się dla nich niezwykle nerwowo.
