Cracovia - Pogoń Szczecin (20:15)
Lechia Gdańsk - Raków Częstochowa (1:2)
Początek meczu należał do piłkarzy Rakowa, którzy zepchnęli rywali do głębokiej defensywy. Lechia miała problemy z wyjściem poza własną połowę, ale nieoczekiwanie to gdańszczanie stworzyli pierwszą groźną okazję w tym meczu. Sezonienko dał się sfaulować Repce w polu karnym i arbiter nie miał wyjścia - musiał wskazać na wapno. Do piłki ustawionej na jedenastym metrze podszedł nie kto inny jak Tomas Bobcek, który strzałem w środek bramki pewnie pokonał Oliwiera Zycha. Na wyrównanie Rakowa nie musieliśmy długo czekać. W 20. minucie było już bowiem 1:1. Repka zrehabilitował się za faul na Sezonience i po minięciu Żelizki, strzałem po rykoszecie zdobył bramkę wyrównującą. Mieliśmy więc za nami 20 minut gry i już po jednej bramce dla obu ekip.
W 31. minucie powinno być 2:1 dla gospodarzy. Mena świetnie zagrał wzdłuż pola karnego, ale Sezonienko w dogodnej sytuacji fatalnie spudłował. W 41. minucie znów w roli głównej był Camilo Mena, ale tym razem jego strzał kapitalnie obronił Oliwier Zych. Ostatecznie do końca połowy wynik już się nie zmienił, ale ostrzyliśmy już sobie zęby na drugą odsłonę.
Na pierwszą dogodną okazję w drugiej połowie czekaliśmy aż do 62. minuty spotkania. Wówczas Żelizko świetnie dośrodkował z rzutu wolnego do Sezonienki, ale jego strzał został zablokowany tuż przed linią bramkową. W kolejnych minutach mecz się wyrównał i nie oglądaliśmy zbyt wielu ciekawych akcji. Taki stan rzeczy miał miejsce aż do 82. minuty, kiedy to Bobcek w niezłej okazji fatalnie skiksował w polu karnym Rakowa. W 84. minucie mogło się to zemścić, kiedy piłkę do siatki techniczną podcinką skierował Amorim, ale gol nie został uznany, bowiem w tej samej akcji faulowany był Wójtowicz.
Decydujące trafienie obejrzeliśmy w trzeciej minucie doliczonego czasu gry. Ojo oddał strzał z okolic 16. metra. Piłka po tym uderzeniu nie zagroziłaby bramce Lechii, ale szczęśliwie trafiła pod nogi Brunesa, który z najbliższej odległości zdobył bramkę dla Rakowa. Tym samym ekipa z Częstochowy w samej końcówce przechyliła szalę zwycięstwa na swoją korzyść i dopisała do tabeli cenne trzy punkty.

Korona Kielce - GKS Katowice (1:1)
Korona Kielce od pierwszych minut próbowała przejąć inicjatywę nad wydarzeniami boiskowymi. Gospodarze dłużej utrzymywali się przy piłce, a GKS miał problemy z przejęciem futbolówki. Pierwszą groźną sytuację obejrzeliśmy w 12. minucie meczu, kiedy to Mariusz Stępiński z lewego skrzydła zagrał na dłuższy słupek, ale strzał Błanika trafił tylko w boczną siatkę. Kielczanie w kolejnych minutach nadal szukali sobie okazji do wyjścia na prowadzenie. Niezły strzał w 25. minucie oddał Długosz, jednak Kudła poradził sobie z jego próbą.
W 35. minucie nieoczekiwanie na prowadzenie wyszli zawodnicy gości. Jirka rzucił piłkę z autu w głąb pola karnego, gdzie najlepiej ustawiony był Arkadiusz Jędrych. Dziekoński poradził sobie z jego pierwszym uderzeniem, ale wobec dobitki był już bezradny i nieoczekiwanie to podopieczni Rafała Góraka mogli cieszyć się z prowadzenia. Do przerwy wynik już się nie zmienił, a my zacieraliśmy już sobie ręce na drugą część spotkania.
Druga odsłona wyglądała podobnie jak pierwsza - Korona była bardziej aktywna, ale to GKS Katowice był bardziej konkretnym zespołem i stwarzał sobie groźniejsze sytuacje. Ten stan rzeczy zmienił się w 66. minucie rywalizacji. Wówczas Błanik precyzyjnie dośrodkował z rzutu wolnego na dalszy słupek, a tam Pięczek z bliska wyrównał stan spotkania. Remis był jednak wynikiem, który nie satysfakcjonował żadnej ze stron i obserwowaliśmy kolejne akcje ofensywne.
W 76. minucie mogło i powinno być 2:1 dla gości. Szkurin świetnie wygrał pojedynek z obrońcami, podał do Wdowiaka, ale jego uderzenie kapitalnie obronił Dziekoński. W 91. minucie piłkę meczową miał jednak Marcin Cebula. Gracz Korony znalazł się nieoczekiwanie w sytuacji oko w oko z Kudłą, ale górą z tej sytuacji wyszedł bramkarz gości. Finalnie obie ekipy podzieliły się więc punktami i trzeba przyznać, że z perspektywy 90 minut był to zasłużony rezultat.

